—
Czy nocą też muszę się uśmiechać? —
Przyznam się szczerze, że gdyby
nie skrupulatne notatki Mateusza sporządzone na marginesach tej jakże dziwnej,
a zarazem interesującej książki, prawdopodobnie niewiele bym zrozumiał z
lektury. Talentu do języków nigdy nie miałem, nie potrafiłem nauczyć się obcej
gramatyki, zresztą nie czułem też ku temu specjalnej potrzeby. Poza tym, na co
by mi się to przydało? Urlopy spędzam w domu lub nad podmiejskim jeziorkiem, do
którego bez problemu mogę dojechać na rowerze. Nie marzą mi się zagraniczne
wycieczki, bo co jest w nich takiego fascynującego? Czy egipski piasek mniej
rzęzi pod butami, niż ten z Polski? Czy Morze Egejskie jest czystsze od… W
porządku, w tej kwestii jestem w stanie się zgodzić, bowiem ciężko o zimniejsze
i mniej przejrzyste wody, aniżeli nasz ukochany Bałtyk.
Wracając do cudacznego
poradnika i zawartych w nim treści, muszę przyznać, że z początku podchodziłem
do nich dość sceptycznie, żeby nie powiedzieć niechętnie. Już na samym początku
przypomniała mi się babcia, gdy za dzieciaka w kółko powtarzała: Apoloniuszku,
ale dziewczynki to ty musisz szanować! A potem przypomniała mi się była żona,
która na każdym kroku mówiła: ty mnie w ogóle nie szanujesz! I w sumie miała
trochę racji, dlatego nasze małżeństwo przetrwało raptem dwadzieścia dwa lata.
Piękne to były czasy, a raczej
pięknie okrutne. Poznaliśmy się w zawodówce, Bożena zawsze zwracała na siebie
uwagę, w tym również moją, gdyż niepomiernie irytowało mnie jej podejście do
nauki. Wagarowała, na sprawdzianach notorycznie ściągała, nigdy nie nosiła ze
sobą podręczników i zeszytów, a gdy pożyczała długopis, nigdy go nie oddawała. Dodatkowo
miała dziwny zwyczaj robienia dziur w rajstopach i farbowała sobie włosy
bibułą. Jej ulubioną książką było „Nad Niemnem”, mimo że nigdy nie przeczytała
jej do końca, ale szła w zaparte, że zna fabułę lepiej od samej autorki. Dowodem
jej fascynacji powieścią Orzeszkowej był nasz pierwszy wypad do kina, kiedy to
przespała niemal cały seans, a później miała pretensje, gdy i mnie przymknęły
się oczy na samą końcówkę filmu.
Początki naszej znajomości były
dość burzliwe, a wszystko zaczęło się od żółtego swetra, który dostałem od
dziadków pod choinkę. Do dziś mam do niego ogromny sentyment i trzymam go na
dnie starej szafy. Natomiast Bożena go nie znosiła, co też za czasów szkolnych
głośno manifestowała, naśmiewając się ze mnie z koleżankami i wymyślając coraz
nowsze inwektywy, które ja puszczałem mimo uszu. Jej ulubionym określeniem była
„musztardówa”. Co ciekawe, na prezent ślubny od jej rodziców otrzymaliśmy
luksusowy komplet szklanek, które w rzeczywistości wyglądały jak wszechobecne
za czasów PRL-u musztardówki, tylko brzegi miały maźnięte złotą farbą. W każdym
razie, mimo początkowej niechęci do siebie, zaczęliśmy się jakoś dogadywać,
głównie za sprawą wspólnej nauki, ponieważ Bożena miała bardzo duże problemy z
fizyką. Ja z kolei kulałem z zajęć technicznych, nie potrafiąc nawet prosto
przeciąć deski, a ona znała się na tym najlepiej z całej klasy. I tak
spędzaliśmy wspólnie popołudnia, włóczyliśmy się czasem do późnej nocy, nawet
znaleźliśmy kilka tematów, na które mogliśmy ze sobą porozmawiać. Dowiedziałem się wtedy, że w duszy jest
prawdziwą romantyczką, a ponieważ moi rodzice posiadali kwiaciarnię,
przynosiłem jej codziennie jakiś bukiecik złożony rankiem na zapleczu. Ona się
cieszyła, a rodzinny biznes niedługo potem został zamknięty. Do dziś się
zastanawiam, czy rzeczywiście wyniosłem tyle kwiatów, że przyczyniłem się do
upadku firmy rodziców.
Niedługo po zakończeniu szkoły
postanowiliśmy wziąć ślub. Znów przypomniała mi się babcia, która wtedy z kolei
mówiła: toż to siksa, nie kobieta! I przypomniał mi się dziadek, który zawsze
miał dla mnie jakąś złotą radę. Jedna z nich brzmiała: bo babie to trzeba
założyć chomąto. Może gdybym któregoś z nich posłuchał, nie musiałbym teraz żyć
samotnie w starej kawalerce na poddaszu równie wiekowej kamienicy pamiętającej
bombardowania hitlerowskie.
Bożena od zawsze na coś narzekała.
Mieszkanie komunalne, w którym przeżyliśmy ze sobą prawie ćwierć wieku, wyklinała
pod niebiosa, a mimo to po rozwodzie zdecydowała się w nim zostać. Podobnie z
samochodem – kupiona po taniości Syrena w kolorze dojrzałego pomidora kojarzyła
jej się z badziewiem, a i tak ją zatrzymała. Mnie ostała się niewielka walizka
znoszonych ciuchów oraz rower, składak, który z boku wyglądał, jakby pamiętał
czasy dziadkowej służby w Wehrmachcie. Oczywiście nie mojego dziadka, choć nie
zdziwiłbym się, gdyby to on ukradł go jakiemuś Niemcowi.
A nasze dzieci? Mają się
dobrze. Córka wyemigrowała do Anglii, zaś syn do Norwegii. Założyli rodziny,
mają dobre prace, wysyłają od czasu do czasu zdjęcia wnuków. Nie widziałem ich
jakieś dziesięć lat.
Siedząc na nieco brudnej
podłodze pod szafką biednego Mateusza, patrząc na wymiętą okładkę z pozoru
głupiej książki, uświadomiłem sobie, jak szybko czas ucieka między palcami. Pięćdziesiąt
lat mam już na karku, niczego spektakularnego w życiu się nie dorobiłem, nawet
rodzina nie umiała ze mną wytrzymać. Zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście
tak błahe z pozoru rzeczy, jak chociażby poruszany w poradniku uśmiech, mogą
mieć wpływ na zwykłą codzienność. Czy gdybym częściej obcował z ludźmi, gdybym
potrafił z nimi rozmawiać, choć minimalnie odczytywać ich intencje, czy moje życie
nabrałoby jakichś kolorów?
Mateusz był inny, posiadał
niesamowity dar, jeśli chodzi o kontakty z klientami, a zwłaszcza z klientkami.
Potrafił błyskawicznie znaleźć temat do rozmowy, sypał komplementami jak z
rękawa, dodatkowo otaczała go specyficzna aura, którą dość ciężko jednoznacznie
określić. Mówiąc wprost, ludzie do niego lgnęli i chcieli z nim obcować. Sprawa
wyglądała zgoła inaczej, gdy gawiedź znikała z pola widzenia. Mateusz zdejmował
promienny uśmiech, znikała dźwięczna i przyjemna barwa głosu, a ich miejsce
zajmowało zmęczenie, coś jakby przytłamszenie, z którym ten młody człowiek nie
umiał sobie poradzić. A ja, patrząc przez pryzmat własnych perypetii z
przeszłości, przez moment zacząłem myśleć, że może to i lepiej, że biedak nie
żyje. Przynajmniej nie musi już dłużej udawać.
Zerknąłem na zegarek na lewym
nadgarstku, prawdopodobnie najdroższą rzecz, jakiej dorobiłem się w ciągu
całego żywota, uświadamiając sobie, że powoli zbliża się pora mojej zmiany. Nie
mogę siedzieć w socjalnym przez cały czas, zresztą Mateusz nie powinien nigdzie
uciec. Swoją drogą ktoś, kto targnął się na jego życie, całkiem nieźle
zaplanował sobie całą akcję, bowiem kantorki dla personelu nie są monitorowane,
tak samo prowadzące do nich krótkie korytarze. A szkoda, bo za kilka dni
ułatwiłoby to policji rozwiązanie sprawy. Niepokoiło mnie też coś innego,
mianowicie, czym ten dzieciak mógł się aż tak komuś narazić, że przypieczętował
to życiem?
Pogrążony w dość
melancholijnych myślach nie zauważyłem, że do pomieszczenia weszła Żaneta,
nasza pokojowa, która skrzywiła się w tym samym momencie, kiedy spojrzała na
szafkę z zabunkrowanym Mateuszem.
– Ciarki mnie przechodzą, jak
sobie pomyślę, kto mógł się czegoś takiego dopuścić – mruknęła, gdy zabierała
środki do mycia podłóg i wrzucała je do wózka, na którym stało już wiadro pełne
wody. Ja natomiast cichutko podniosłem się z podłogi, chowając w tylnej
kieszeni spodni podniszczony poradnik i powoli zebrałem się do wyjścia. W
ostatnim momencie coś mnie jednak natchnęło, tak jakby ukryta książka
rozwiązała mi język.
– Rzeczywiście straszne. Biedny
chłopak – odparłem, zapinając zamek sportowej bluzy pod samą szyję. Nie było mi
zimno, po prostu stchórzyłem, bo nie umiałem patrzeć się koleżance w oczy
dłużej niż przez kilka sekund, co dla mnie i tak było wielkim wyczynem.
Żaneta milczała i
prawdopodobnie była bardzo zdziwiona. Nie mogłem jednoznacznie stwierdzić,
ponieważ na nią nie patrzyłem. Dłoń trzymająca gałkę od drzwi zaczęła się
pocić, toteż uznałem, że trzeba jak najszybciej wyjść, niż zrobię coś jeszcze
głupszego. I w tym momencie pokojowa zdecydowała zabrać głos, a mój z powrotem
ugrzązł głęboko w gardle.
– Apoloniusz – zwróciła się do
mnie – naprawdę ci to odpowiada? Towarzystwo masz raczej kiepskie.
– Nie narzekam – wybąkałem
cicho pod nosem, a nieporadna próba uśmiechu spełzła na niczym.
– Jak chcesz. – Kobieta
westchnęła przeciągle i wrzuciła ostatnie niezbędne środki czystości do wózka,
który następnie zaczęła pchać w kierunku drzwi. Otworzyłem je przed nią, co
skwitowała wysoko uniesionymi brwiami.
– Dziękuję – powiedziała,
znikając za rogiem i znów zostawiając mnie samego.
Na portierni jak zwykle nic się
nie działo. Rzadko kiedy w nocy goście borykają się z jakimiś problemami, choć
zdarzały się takie przypadki, na przykład brak alkoholu w pokojowym barku. Tak
naprawdę w żadnym z nich nie uzupełniamy zapasów, bo dyrektor zwyczajnie żałuje
na to pieniędzy, ale klientom coś odpowiedzieć trzeba.
Spod magazynu sportowego
wyciągnąłem książkę Mateusza z zamiarem ”przeczytania” kolejnego fragmentu. Jakoś
tak ta mierna literatura zaciekawiła mnie i chciałem dowiedzieć się z niej
czegoś więcej. W momencie sięgania po poradnik na ekranie starego i małego
monitora dostrzegłem Żanetę, która wychodziła z jednego z pokojów umieszczonych
na drugim piętrze. Co ciekawe, poruszała się tanecznym krokiem, bujając się na
prawo i lewo, kilka razy kołysząc dziwnie biodrami i wspierając się na trzonku
od mopa. Nagle wsadziła go do wiadra z wodą, wylewając sporą jej część na
podłogę, by w dalszej kolejności zgarniać mydliny zamaszystymi ruchami, przy
czym ciągle odstawiała jakiś dziwny cyrk, który zapewne miał być tańcem. Momentalnie
skojarzyła mi się z Freddiem Mercurym z wideoklipu I Want to Break Free. Ruchy były identyczne, z twarzy w sumie też
byli do siebie podobni.
Wpatrywałem się w ekran
monitora z niemałą fascynacją, bowiem nie podejrzewałem, że wiecznie spięci
pracownicy naszego hotelu są w stanie pozwolić sobie na taką chwilę
rozluźnienia. Poza tym nie oszukujmy się, oglądanie niewiele młodszej ode mnie
kobiety tańczącej na korytarzu z mopem było wyjątkowo zabawne.
Miałem zamiar wrócić do książki
Mateusza, ale ilekroć spojrzałem na monitor, nachodziły mnie dziwne
podejrzenia. Żaneta bowiem nigdy nie zostawała po godzinach, nawet jeśli miała
do wysprzątania cały hotel. Przychodziła po prostu wcześniej, ale nigdy nie siedziała
po nocy. A że nic nie dzieje się przypadkiem, zgromadzony we mnie niepokój
zaczął niebezpiecznie wzrastać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz