wtorek, 27 listopada 2018

Rozdział 3


— Czy nocą też muszę się uśmiechać? —



Przyznam się szczerze, że gdyby nie skrupulatne notatki Mateusza sporządzone na marginesach tej jakże dziwnej, a zarazem interesującej książki, prawdopodobnie niewiele bym zrozumiał z lektury. Talentu do języków nigdy nie miałem, nie potrafiłem nauczyć się obcej gramatyki, zresztą nie czułem też ku temu specjalnej potrzeby. Poza tym, na co by mi się to przydało? Urlopy spędzam w domu lub nad podmiejskim jeziorkiem, do którego bez problemu mogę dojechać na rowerze. Nie marzą mi się zagraniczne wycieczki, bo co jest w nich takiego fascynującego? Czy egipski piasek mniej rzęzi pod butami, niż ten z Polski? Czy Morze Egejskie jest czystsze od… W porządku, w tej kwestii jestem w stanie się zgodzić, bowiem ciężko o zimniejsze i mniej przejrzyste wody, aniżeli nasz ukochany Bałtyk.
Wracając do cudacznego poradnika i zawartych w nim treści, muszę przyznać, że z początku podchodziłem do nich dość sceptycznie, żeby nie powiedzieć niechętnie. Już na samym początku przypomniała mi się babcia, gdy za dzieciaka w kółko powtarzała: Apoloniuszku, ale dziewczynki to ty musisz szanować! A potem przypomniała mi się była żona, która na każdym kroku mówiła: ty mnie w ogóle nie szanujesz! I w sumie miała trochę racji, dlatego nasze małżeństwo przetrwało raptem dwadzieścia dwa lata.
Piękne to były czasy, a raczej pięknie okrutne. Poznaliśmy się w zawodówce, Bożena zawsze zwracała na siebie uwagę, w tym również moją, gdyż niepomiernie irytowało mnie jej podejście do nauki. Wagarowała, na sprawdzianach notorycznie ściągała, nigdy nie nosiła ze sobą podręczników i zeszytów, a gdy pożyczała długopis, nigdy go nie oddawała. Dodatkowo miała dziwny zwyczaj robienia dziur w rajstopach i farbowała sobie włosy bibułą. Jej ulubioną książką było „Nad Niemnem”, mimo że nigdy nie przeczytała jej do końca, ale szła w zaparte, że zna fabułę lepiej od samej autorki. Dowodem jej fascynacji powieścią Orzeszkowej był nasz pierwszy wypad do kina, kiedy to przespała niemal cały seans, a później miała pretensje, gdy i mnie przymknęły się oczy na samą końcówkę filmu.
Początki naszej znajomości były dość burzliwe, a wszystko zaczęło się od żółtego swetra, który dostałem od dziadków pod choinkę. Do dziś mam do niego ogromny sentyment i trzymam go na dnie starej szafy. Natomiast Bożena go nie znosiła, co też za czasów szkolnych głośno manifestowała, naśmiewając się ze mnie z koleżankami i wymyślając coraz nowsze inwektywy, które ja puszczałem mimo uszu. Jej ulubionym określeniem była „musztardówa”. Co ciekawe, na prezent ślubny od jej rodziców otrzymaliśmy luksusowy komplet szklanek, które w rzeczywistości wyglądały jak wszechobecne za czasów PRL-u musztardówki, tylko brzegi miały maźnięte złotą farbą. W każdym razie, mimo początkowej niechęci do siebie, zaczęliśmy się jakoś dogadywać, głównie za sprawą wspólnej nauki, ponieważ Bożena miała bardzo duże problemy z fizyką. Ja z kolei kulałem z zajęć technicznych, nie potrafiąc nawet prosto przeciąć deski, a ona znała się na tym najlepiej z całej klasy. I tak spędzaliśmy wspólnie popołudnia, włóczyliśmy się czasem do późnej nocy, nawet znaleźliśmy kilka tematów, na które mogliśmy ze sobą porozmawiać.  Dowiedziałem się wtedy, że w duszy jest prawdziwą romantyczką, a ponieważ moi rodzice posiadali kwiaciarnię, przynosiłem jej codziennie jakiś bukiecik złożony rankiem na zapleczu. Ona się cieszyła, a rodzinny biznes niedługo potem został zamknięty. Do dziś się zastanawiam, czy rzeczywiście wyniosłem tyle kwiatów, że przyczyniłem się do upadku firmy rodziców.
Niedługo po zakończeniu szkoły postanowiliśmy wziąć ślub. Znów przypomniała mi się babcia, która wtedy z kolei mówiła: toż to siksa, nie kobieta! I przypomniał mi się dziadek, który zawsze miał dla mnie jakąś złotą radę. Jedna z nich brzmiała: bo babie to trzeba założyć chomąto. Może gdybym któregoś z nich posłuchał, nie musiałbym teraz żyć samotnie w starej kawalerce na poddaszu równie wiekowej kamienicy pamiętającej bombardowania hitlerowskie.
Bożena od zawsze na coś narzekała. Mieszkanie komunalne, w którym przeżyliśmy ze sobą prawie ćwierć wieku, wyklinała pod niebiosa, a mimo to po rozwodzie zdecydowała się w nim zostać. Podobnie z samochodem – kupiona po taniości Syrena w kolorze dojrzałego pomidora kojarzyła jej się z badziewiem, a i tak ją zatrzymała. Mnie ostała się niewielka walizka znoszonych ciuchów oraz rower, składak, który z boku wyglądał, jakby pamiętał czasy dziadkowej służby w Wehrmachcie. Oczywiście nie mojego dziadka, choć nie zdziwiłbym się, gdyby to on ukradł go jakiemuś Niemcowi.
A nasze dzieci? Mają się dobrze. Córka wyemigrowała do Anglii, zaś syn do Norwegii. Założyli rodziny, mają dobre prace, wysyłają od czasu do czasu zdjęcia wnuków. Nie widziałem ich jakieś dziesięć lat.
Siedząc na nieco brudnej podłodze pod szafką biednego Mateusza, patrząc na wymiętą okładkę z pozoru głupiej książki, uświadomiłem sobie, jak szybko czas ucieka między palcami. Pięćdziesiąt lat mam już na karku, niczego spektakularnego w życiu się nie dorobiłem, nawet rodzina nie umiała ze mną wytrzymać. Zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście tak błahe z pozoru rzeczy, jak chociażby poruszany w poradniku uśmiech, mogą mieć wpływ na zwykłą codzienność. Czy gdybym częściej obcował z ludźmi, gdybym potrafił z nimi rozmawiać, choć minimalnie odczytywać ich intencje, czy moje życie nabrałoby jakichś kolorów?
Mateusz był inny, posiadał niesamowity dar, jeśli chodzi o kontakty z klientami, a zwłaszcza z klientkami. Potrafił błyskawicznie znaleźć temat do rozmowy, sypał komplementami jak z rękawa, dodatkowo otaczała go specyficzna aura, którą dość ciężko jednoznacznie określić. Mówiąc wprost, ludzie do niego lgnęli i chcieli z nim obcować. Sprawa wyglądała zgoła inaczej, gdy gawiedź znikała z pola widzenia. Mateusz zdejmował promienny uśmiech, znikała dźwięczna i przyjemna barwa głosu, a ich miejsce zajmowało zmęczenie, coś jakby przytłamszenie, z którym ten młody człowiek nie umiał sobie poradzić. A ja, patrząc przez pryzmat własnych perypetii z przeszłości, przez moment zacząłem myśleć, że może to i lepiej, że biedak nie żyje. Przynajmniej nie musi już dłużej udawać.
Zerknąłem na zegarek na lewym nadgarstku, prawdopodobnie najdroższą rzecz, jakiej dorobiłem się w ciągu całego żywota, uświadamiając sobie, że powoli zbliża się pora mojej zmiany. Nie mogę siedzieć w socjalnym przez cały czas, zresztą Mateusz nie powinien nigdzie uciec. Swoją drogą ktoś, kto targnął się na jego życie, całkiem nieźle zaplanował sobie całą akcję, bowiem kantorki dla personelu nie są monitorowane, tak samo prowadzące do nich krótkie korytarze. A szkoda, bo za kilka dni ułatwiłoby to policji rozwiązanie sprawy. Niepokoiło mnie też coś innego, mianowicie, czym ten dzieciak mógł się aż tak komuś narazić, że przypieczętował to życiem?
Pogrążony w dość melancholijnych myślach nie zauważyłem, że do pomieszczenia weszła Żaneta, nasza pokojowa, która skrzywiła się w tym samym momencie, kiedy spojrzała na szafkę z zabunkrowanym Mateuszem.
– Ciarki mnie przechodzą, jak sobie pomyślę, kto mógł się czegoś takiego dopuścić – mruknęła, gdy zabierała środki do mycia podłóg i wrzucała je do wózka, na którym stało już wiadro pełne wody. Ja natomiast cichutko podniosłem się z podłogi, chowając w tylnej kieszeni spodni podniszczony poradnik i powoli zebrałem się do wyjścia. W ostatnim momencie coś mnie jednak natchnęło, tak jakby ukryta książka rozwiązała mi język.
– Rzeczywiście straszne. Biedny chłopak – odparłem, zapinając zamek sportowej bluzy pod samą szyję. Nie było mi zimno, po prostu stchórzyłem, bo nie umiałem patrzeć się koleżance w oczy dłużej niż przez kilka sekund, co dla mnie i tak było wielkim wyczynem.
Żaneta milczała i prawdopodobnie była bardzo zdziwiona. Nie mogłem jednoznacznie stwierdzić, ponieważ na nią nie patrzyłem. Dłoń trzymająca gałkę od drzwi zaczęła się pocić, toteż uznałem, że trzeba jak najszybciej wyjść, niż zrobię coś jeszcze głupszego. I w tym momencie pokojowa zdecydowała zabrać głos, a mój z powrotem ugrzązł głęboko w gardle.
– Apoloniusz – zwróciła się do mnie – naprawdę ci to odpowiada? Towarzystwo masz raczej kiepskie.
– Nie narzekam – wybąkałem cicho pod nosem, a nieporadna próba uśmiechu spełzła na niczym.
– Jak chcesz. – Kobieta westchnęła przeciągle i wrzuciła ostatnie niezbędne środki czystości do wózka, który następnie zaczęła pchać w kierunku drzwi. Otworzyłem je przed nią, co skwitowała wysoko uniesionymi brwiami.
– Dziękuję – powiedziała, znikając za rogiem i znów zostawiając mnie samego.

Na portierni jak zwykle nic się nie działo. Rzadko kiedy w nocy goście borykają się z jakimiś problemami, choć zdarzały się takie przypadki, na przykład brak alkoholu w pokojowym barku. Tak naprawdę w żadnym z nich nie uzupełniamy zapasów, bo dyrektor zwyczajnie żałuje na to pieniędzy, ale klientom coś odpowiedzieć trzeba.
Spod magazynu sportowego wyciągnąłem książkę Mateusza z zamiarem ”przeczytania” kolejnego fragmentu. Jakoś tak ta mierna literatura zaciekawiła mnie i chciałem dowiedzieć się z niej czegoś więcej. W momencie sięgania po poradnik na ekranie starego i małego monitora dostrzegłem Żanetę, która wychodziła z jednego z pokojów umieszczonych na drugim piętrze. Co ciekawe, poruszała się tanecznym krokiem, bujając się na prawo i lewo, kilka razy kołysząc dziwnie biodrami i wspierając się na trzonku od mopa. Nagle wsadziła go do wiadra z wodą, wylewając sporą jej część na podłogę, by w dalszej kolejności zgarniać mydliny zamaszystymi ruchami, przy czym ciągle odstawiała jakiś dziwny cyrk, który zapewne miał być tańcem. Momentalnie skojarzyła mi się z Freddiem Mercurym z wideoklipu I Want to Break Free. Ruchy były identyczne, z twarzy w sumie też byli do siebie podobni.
Wpatrywałem się w ekran monitora z niemałą fascynacją, bowiem nie podejrzewałem, że wiecznie spięci pracownicy naszego hotelu są w stanie pozwolić sobie na taką chwilę rozluźnienia. Poza tym nie oszukujmy się, oglądanie niewiele młodszej ode mnie kobiety tańczącej na korytarzu z mopem było wyjątkowo zabawne.
Miałem zamiar wrócić do książki Mateusza, ale ilekroć spojrzałem na monitor, nachodziły mnie dziwne podejrzenia. Żaneta bowiem nigdy nie zostawała po godzinach, nawet jeśli miała do wysprzątania cały hotel. Przychodziła po prostu wcześniej, ale nigdy nie siedziała po nocy. A że nic nie dzieje się przypadkiem, zgromadzony we mnie niepokój zaczął niebezpiecznie wzrastać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz