— Kombinuj,
dziewczyno, nim twe wdzięki przeminą... —
Z kieszeni
ciemnych spodni wyciągnąłem mocno wytarty portfel w niezidentyfikowanym kolorze
brązu, wręczając kasjerce nieco wymięty banknot dwudziestozłotowy. Kobieta dosłownie
na sekundę przestała ostentacyjnie żuć gumę, obrzucając pieniądze wymownym
spojrzeniem. Po chwili schowała je do kasetki, rzuciła przede mnie resztę i
wróciła do mielenia ustami, niczym krowa na pastwisku.
– Zrywkę jeszcze
poproszę – zwróciłem się do niej, nie mając w co zapakować zakupów.
– Co? –
wymemłała, wpatrując się we mnie krzywo. Nie wiedzieć czemu momentalnie zrobiło
mi się głupio. Przerwałem jej bowiem dość wymagające zajęcie, jakim było
jednoczesne podziwianie swych paznokci i pilnowanie, by nie ugryźć się w język
w takcie żucia gumy. Z worka jednak nie zrezygnowałem.
– Reklamówkę –
ponowiłem prośbę, siląc się na grymas mający przypominać serdeczny uśmiech, ale
kasjerka dalej wyglądała, jakby cierpiała na ostrą grypę żołądkową.
– Na stojaku
przy wyjściu – rzuciła od niechcenia, wskazując głową na metalowy regał, na
którym umieszczono przeróżne gazety.
Patrząc na
leżące na blacie trzy bułki, mleko i kostkę twarogu, pomyślałem, że faktycznie
mogę się z tym jakoś zabrać i poradzę sobie bez worka. W końcu nie były to zbyt
wielkie zakupy, a do pracy miałem całkiem blisko. Włożyłem więc pieczywo do
jednej kieszeni kurtki, ser do drugiej, a butelkę mleka próbowałem zmieścić do
niewielkiej saszetki, w której znajdowały się głównie dokumenty i klucze od
mieszkania.
– Siatkę może
pan chcesz? – Uniosłem wzrok na kasjerkę, która przypatrywała się moim
zmaganiom z artykułami żywnościowymi. Nim zdążyłem odpowiedzieć, rzuciła przede
mną plastikowy worek, wcześniej otwierając go dla mnie z łaską, bym szybciej
mógł zapakować zakupy. Ewidentnie nie czerpała przyjemności z obsługi klientów.
– Dziękuję –
odparłem, wrzucając mleko to wręczonej mi torby.
– Wystarczyło
powiedzieć, a nie się tyle męczyć – wyburczała spod lady. Gdy się podniosła,
wyglądała na mocno zawiedzioną faktem, że jeszcze sobie nie poszedłem.
Westchnęła więc głośno, patrząc się na mnie, jak na intruza. – Coś jeszcze?
– Dobra ta guma?
– Sam byłem zaskoczony swym pytaniem, a co dopiero stojąca przede mną kobieta. Trochę
jej zajęło, nim zorientowała się, do czego piję.
– Nie wiem –
odparła, wzruszając z nonszalancją ramionami – guma, jak guma.
– Poproszę jedną
paczkę. – Kasjerka z jeszcze głośniejszym westchnięciem rzuciła przede mną
różowe opakowanie, burcząc pod nosem cenę. W kieszeni znalazłem wałęsające się
samotnie pięć złotych i położyłem je na tacce. Nie czekając na resztę, o ile
jakąś bym otrzymał, skierowałem się do wyjścia, wcześniej dziękując oczywiście
za obsługę. Przy samych drzwiach, kobieta zawołała za mną:
– A tych drugich
gumek nie trzeba? – krzyknęła, wskazując na rządek kwadratowych kartoników. Ich
zawartość bynajmniej nie służyła do żucia i robienia balonów.
– Obejdzie się –
odparłem bardziej do siebie, niż do kasjerki, opuszczając czym prędzej
osiedlowy kiosk. W drodze do hotelu zacząłem się zastanawiać, jak wielkim
nietaktem byłoby wrócić do sklepu i poprosić o mambę oraz paczkę prezerwatyw. A
przede wszystkim, jak zareagowałaby na to przemiła ekspedientka.
Krocząc skąpanym
w strugach deszczu chodnikiem rozmyślałem o zbliżających się świętach. Może to
nieco dziwne, ale nie przeszkadza mi, że spędzam je samotnie. Nie muszę się
martwić przygotowaniami do kolacji wigilijnej, nie zaprzątam sobie głowy
kupowaniem prezentów, które prędzej czy później wylądują w koszu na śmieci;
jestem sam i dobrze mi z tym.
Z biegiem lat
zacząłem dostrzegać, co tak naprawdę kryje się za tą magiczną otoczką Bożego
Narodzenia. Jako dziecko czekałem oczywiście na prezenty, jak na szpilkach wyczekiwałem
momentu, w którym rodzice w końcu pozwolą otworzyć leżące pod choinką
paczuszki. Przeszkadzałem w kuchni, podjadałem mak do kutii i makowca, zapach
pieczonej przez babcię strucli pamiętam zresztą do dziś; nigdy nie mogłem się
nią najeść. Z kolei gdy byłem nieco starszy denerwowałem się na rodziców,
którzy kazali mi przestrajać choinkę. Mama zawsze mnie strofowała, że
powinienem założyć koszulę i krawat, a wszystkie ciotki i wujkowie zawzięcie
dopytywali, kiedy przyprowadzę w końcu jakąś pannę. I przyprowadziłem, przed
wigilią pokłóciliśmy się oczywiście o jakąś błahostkę, ale w trakcie składania
życzeń oboje udawaliśmy, że wszystko jest w porządku.
Będąc dorosłym,
mając własną rodzinę, pracę i inne obowiązki, dopiero wtedy dotarło do mnie, że
święta nie mają w sobie ani grama magii, o której się tak często słyszy. Martwimy
się sprzątaniem i zakupami, przejmujemy się, czy karp będzie wszystkim
smakował, czy dzieciakom spodobają się prezenty, a wypieramy potrzebę spędzenia
tego czasu z bliskimi. Tak po prostu, zwyczajnie usiąść z nimi do stołu i
życzyć sobie wesołych świąt. Niestety nawet w trakcie kolacji bardziej obchodzi
nas biedny Kevin znów samotnie spędzający święta w swym domu, aniżeli własna
rodzina. Jakże to smutne, a zarazem prawdziwe.
Wchodząc do
hotelu już w wejściu czułem, że czeka mnie kolejna ciężka noc. Przy recepcji
dojrzałem bowiem niewysoką kobietę o rudych włosach, lecz to nie one
najbardziej przykuły moją uwagę, a jej wysoki, nieco skrzekliwy i wyniosły
głos, od którego poczułem dziwne i nieprzyjemne podrygi w żołądku. Takim tonem
posługiwała się bowiem tylko jedna osoba i, jak na nią przystało, robiła
niesamowitą awanturę biednej Dorocie, której chcąc nie chcąc przyszło objąć
zająć stanowisko po Mateuszu.
– Pani raczy ze
mnie żartować, prawda? – piszczała do młodszej kobiety klientka. Zbliżyłem
się niepewnie do portierni, obserwując koleżankę, która wyglądała, jakby za
moment miała wybuchnąć. W sumie nasze kelnerki zawsze mają taki wyraz twarzy.
– A wyglądam? –
odwarknęła Dorota, splatając ręce na piersiach, a jej biała koszula wydostała
się zza granatowej spódnicy. – Jak mówię, że go nie ma, to znaczy, że go nie
ma.
– Pan Mateusz obiecał,
że osobiście podejmie mnie w waszym hotelu. Cóż się niby takiego stało, że nie
ma go w pracy? – Ukradkiem wślizgnąłem się za kontuar, obracając się plecami do
awanturującej się kobiety. Słysząc jej głos od razu przypomniałem sobie, że w
domu również wszczynała kłótnie z byle jakiego powodu. Niewiele się od tego
czasu zmieniła.
– Czy ja mówię
niewyraźnie? – żachnęła się Dorota, a fuknęła na klientkę tak mocno, że
słyszeli ją pewnie pozostali goście hotelu. – Mateusz jest na urlopie. Mam to
pani powtórzyć wolno i dużymi literami, żeby coś do pani dotarło?
– Pani mnie
obraża! – wykrzyknęła kobieta. Przez chwilę poczułem potrzebę pomocy mojej
koleżance, ale sekundę później przypomniałem sobie, że w sumie nie miałoby to
większego sensu. W jakim celu miałbym wykłócać się z byłą żoną o coś, co nawet
mnie nie dotyczy? Wróciłem więc do podziwiania schowków z kluczami do pokoi dla
naszych gości. W końcu nie bez przyczyny mówią: nie ruszaj gówna, a nie będzie
śmierdziało.
– Ja sobie nie
życzę takiego traktowania! A pan Mateusz ma się tu zjawić w tej chwili, bo
inaczej...
– Ależ szanowna
pani! – Zerknąłem ukradkiem na wychodzącego z hotelowej restauracji dyrektora,
który spieszył ku recepcji, jakby się na niej co najmniej paliło. W drodze
poprawiał czerwoną marynarkę i krawat w tym samym kolorze. Zauważyłem również,
że chwilę później z tego samego pomieszczenia wyszła Żaneta, a minę miała dość
nietęgą. – Po co tyle krzyku? Dorota, co się takiego stało, że nie wydałaś
jeszcze pani kluczy od pokoju?
Dorota prychnęła
pod nosem, niczym rozjuszony kot. Gdy miała odpowiedzieć, dyrektor oczywiście
wolał mówić za nią.
– Najmocniej
panią przepraszam za zaistniałe niedogodności. Za sekundkę będzie się pani
mogła udać do swojego apartamentu.
– Ja
przepraszam, ale Mateusz, znaczy, pański pracownik – poprawiła się szybko –
zapewniał mnie, że osobiście będzie nadzorował mój pobyt w pańskim hotelu. A
nagle się dowiaduję, że jest na jakimś urlopie. Czy coś się mu stało?
Jeszcze nigdy w
życiu nie słyszałem w jej głosie takiej troski. Nawet gdy zdechł nam pies nie
umiała okazać dzieciom odrobiny współczucia.
Dyrektor
podrapał się po nieco łysiejącej głowie, nakładając na usta firmowy uśmiech i
przybliżając się nieznacznie ku kobiecie.
– Bardzo mi
przykro, jednak pan Mateusz przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim – powiedział,
a głos nie załamał mu się nawet przez chwilę. W końcu biznesmeni kłamią równie
dobrze, co prawnicy.
– Oh – wymsknęło
się klientce – ale wróci? Jak długo go nie będzie?
– Obawiam się,
że dość długo. – Oczywiście, że tak. Chyba że poturbowany Mateusz nagle
zmartwychwstanie, otrzepie się z kurzu i wróci na recepcję, jakby się nic nie
wydarzyło.
– Apoloniusz –
zwrócił się do mnie przełożony, a mnie język stanął kołkiem w gardle, zresztą
nie pierwszy raz – mógłbyś obsłużyć panią?
Obróciłem się
niezdarnie ku kobiecie, która patrzyła na mnie z tym samym niezadowolonym
wyrazem twarzy, co przez minione dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Westchnąłem
cicho, siląc się na grymas uśmiechu.
– Witamy
serdecznie w hotelu Pelargonia. Poproszę pani nazwisko, bym mógł sprawdzić pani
rezerwację. – Pod wpływem świdrującego spojrzenia byłej żony czułem, jak
zjedzony przed wyjściem do pracy obiad niebezpiecznie podsuwa mi się do
gardła. Dodatkowo stojący tuż przy mnie dyrektor ani trochę nie ułatwiał tej
jakże niezręcznej sytuacji.
– A ty co – odparła
zjadliwie – już nie pamiętasz mojego panieńskiego nazwiska?
– Proszę
wybaczyć – wtrącił się dyrektor, oczy mu dziwnie błyszczały, gdy patrzył na
moją dawną małżonkę – państwo się znają?
Bożena zaśmiała
się złośliwie, wskazując na mnie idealnie opiłowanym paznokciem w kolorze
krwistej czerwieni.
– Znamy? Ja z
tym nieudacznikiem zmarnowałam przeszło dwadzieścia lat życia! – Staż naszego
małżeństwa praktycznie wypluła z obrzydzeniem. Zobaczyłem, że w naszym kierunku
zbliża się zaciekawiona Żaneta pchająca wózek ze środkami czystości.
Usytuowała się nieopodal recepcji, bynajmniej nie po to, by pozamiatać,
podłogę.
– Rozumiem, że
byliście państwo małżeństwem? – ciągnął dyrektor, a ja skurczyłem się w sobie
jeszcze bardziej.
– Niestety –
wybąkałem, co oczywiście nie uszło uwadze Bożeny. Ta kobieta jest gorsza, niż
CBA, CBW i CBŚ razem wzięte.
– A ciekawe, kto
gorzej na tym chorym małżeństwie wyszedł? – warknęła na mnie, jakby miała
wściekliznę. Nie przejąłem się za bardzo, przyzwyczaiłem się do jej wiecznych
humorków i narzekań, a także do tego, iż to ja zawsze byłem sprawcą jej
niekończących się niepowodzeń życiowych. – Przez ciebie żyję w tej zagrzybionej
kamienicy i nie mogę się pozbyć tego cholernego mieszkania. Wiesz chociaż, co
się dzieje u naszych dzieci? Wiesz, że Malwinka ma kolejnego synka? A Adaśko? Przeprowadził
się do Holandii. Interesuje cię w ogóle cokolwiek? Pewnie, że nie. Zawsze byłeś
tylko ty, ty i te twoje durnowate krzyżówki.
– Masz dzieci,
Apoloniusz? – wtrąciła się Żaneta, przecierająca z niebywałą dokładnością
stojący na pobliskim stoliczku wazon. Wzruszyłem w odpowiedzi ramionami, a
Bożena spojrzała na nią krzywo, zapewne szykując się do jakiejś cynicznej
uwagi.
– No tak wyszło,
że jakieś ma – odparła, poprawiając swe rude włosy. Dyrektor odchrząknął
znacząco, karcąc pokojową spojrzeniem.
– Żanetko, czy
nie powinnaś przypadkiem umyć okien? – zwrócił się do niej, ale ona w ogóle nie
przejęła się jego słowami. – Zbliżają się święta, hotel powinien być gotowy na
przyjęcie nowych gości.
– Po co? –
odpowiedziała dumnie Żaneta, patrząc na przełożonego z udawaną sympatią. –
Jezus urodził się w stajni. Nie myję okien, żeby czuł się jak u siebie.
Skonsternowany
uwagą pokojowej dyrektor podskoczył do niej jak oparzony, odciągając ją na bok,
a do mnie rzucając na odchodne, że mam zająć się gościem. Wyjątkowo niechętnie,
co zresztą musiało być po mnie widać, odnotowałem godzinę przybycia Bożeny do
hotelu, kładąc przed nią niewielki klucz. Ona jednak nie ruszyła się z miejsca.
– No i na co
czekasz? – warknęła na mnie. – Może sama mam zanieść walizkę do pokoju?
Podniosłem się
powoli z krzesła i wyszedłem zza kontuaru, czując na sobie zwycięskie
spojrzenie byłej żony. Z reguły nie lubię robić ludziom na złość, ale w
przypadku Bożeny postanowiłem uczynić wyjątek. Coś mi się w końcu należy po
ponad dwudziestu latach męki z nią.
– Cały czas
prosto, a później lekko w lewo. Tam jest winda – poinstruowałem ją, z niebywałą
satysfakcją patrząc na jej otwierające się szeroko oczy i opadającą coraz niżej
szczękę. Później usadowiłem się wygodnie w fotelu, wyciągając z niewielkiej
saszetki poradnik Mateusza.
– Ty prostaku –
wycedziła wściekła Bożena. – Od zawsze ci słoma z butów wystawała. Dobrze mi
mamusia mówiła, człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy.
– O ile mnie
pamięć nie myli Kosuty nie otrzymały jeszcze praw miejskich – odparłem,
szukając strony, na której skończyłem wczoraj czytać – także obawiam się, że to
nie ja pochodzę ze wsi, kochana, była małżonko.
Kiedyś godzinami
suszyłaby mi głowę za podobne odzywki, teraz potrafiła się jedynie zdobyć na
wysokie uniesienie głowy.
– Cham –
wycedziła, z agresją rozpinając wielgachne futro. – Mateusz nigdy by mnie tak
nie potraktował.
Gdy odchodziła,
ciągnąc za sobą w furii niewielką walizkę, mogłem zobaczyć, jak bardzo się
zmieniła po naszym rozwodzie. Przy mnie nigdy nie przywiązywała zbyt dużej wagi
do wyglądu, raczej stroniła od kosmetyków i preferowała wygodne ubrania.
Obecnie zaś, spoglądając na zagruntowaną makijażem twarz, ogniście rude włosy,
a także na buty na dość wysokim obcasie, śmiało można było stwierdzić, iż
dopadł ją poważny kryzys wieku średniego. Nie było mi jej żal, bardziej
współczułem biednemu Mateuszowi, który miał to nieszczęście, że spotkał ją za
życia, na dodatek wszedł z nią w jakieś korelacje. A ona by go pożarła,
przemieliła trzy razy i wypluła, jak to zrobiła ze mną.
Przewracając
powoli kartki pożyczonego poradnika w poszukiwaniu fragmentu, na którym
skończyłem wczoraj czytać, nieustannie towarzyszyło mi uczucie, iż o czymś
zapomniałem. Czasem człowiek już tak ma, zwłaszcza w moim wieku, że wydaje mu
się, że wypadło mu z głowy coś ważnego, ale za żadne skarby nie może sobie owej
rzeczy przypomnieć. Jak się później okazało, owe przeczucie mnie nie zawiodło.
Wydałem bowiem Bożenie klucz do nieodpowiedniego pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz