wtorek, 8 stycznia 2019

Rozdział 7



Kombinuj, dziewczyno, nim twe wdzięki przeminą...



Z kieszeni ciemnych spodni wyciągnąłem mocno wytarty portfel w niezidentyfikowanym kolorze brązu, wręczając kasjerce nieco wymięty banknot dwudziestozłotowy. Kobieta dosłownie na sekundę przestała ostentacyjnie żuć gumę, obrzucając pieniądze wymownym spojrzeniem. Po chwili schowała je do kasetki, rzuciła przede mnie resztę i wróciła do mielenia ustami, niczym krowa na pastwisku.
– Zrywkę jeszcze poproszę – zwróciłem się do niej, nie mając w co zapakować zakupów.
– Co? – wymemłała, wpatrując się we mnie krzywo. Nie wiedzieć czemu momentalnie zrobiło mi się głupio. Przerwałem jej bowiem dość wymagające zajęcie, jakim było jednoczesne podziwianie swych paznokci i pilnowanie, by nie ugryźć się w język w takcie żucia gumy. Z worka jednak nie zrezygnowałem.
– Reklamówkę – ponowiłem prośbę, siląc się na grymas mający przypominać serdeczny uśmiech, ale kasjerka dalej wyglądała, jakby cierpiała na ostrą grypę żołądkową.
– Na stojaku przy wyjściu – rzuciła od niechcenia, wskazując głową na metalowy regał, na którym umieszczono przeróżne gazety.
Patrząc na leżące na blacie trzy bułki, mleko i kostkę twarogu, pomyślałem, że faktycznie mogę się z tym jakoś zabrać i poradzę sobie bez worka. W końcu nie były to zbyt wielkie zakupy, a do pracy miałem całkiem blisko. Włożyłem więc pieczywo do jednej kieszeni kurtki, ser do drugiej, a butelkę mleka próbowałem zmieścić do niewielkiej saszetki, w której znajdowały się głównie dokumenty i klucze od mieszkania.
– Siatkę może pan chcesz? – Uniosłem wzrok na kasjerkę, która przypatrywała się moim zmaganiom z artykułami żywnościowymi. Nim zdążyłem odpowiedzieć, rzuciła przede mną plastikowy worek, wcześniej otwierając go dla mnie z łaską, bym szybciej mógł zapakować zakupy. Ewidentnie nie czerpała przyjemności z obsługi klientów.
– Dziękuję – odparłem, wrzucając mleko to wręczonej mi torby.
– Wystarczyło powiedzieć, a nie się tyle męczyć – wyburczała spod lady. Gdy się podniosła, wyglądała na mocno zawiedzioną faktem, że jeszcze sobie nie poszedłem. Westchnęła więc głośno, patrząc się na mnie, jak na intruza. – Coś jeszcze?
– Dobra ta guma? – Sam byłem zaskoczony swym pytaniem, a co dopiero stojąca przede mną kobieta. Trochę jej zajęło, nim zorientowała się, do czego piję.
– Nie wiem – odparła, wzruszając z nonszalancją ramionami – guma, jak guma.
– Poproszę jedną paczkę. – Kasjerka z jeszcze głośniejszym westchnięciem rzuciła przede mną różowe opakowanie, burcząc pod nosem cenę. W kieszeni znalazłem wałęsające się samotnie pięć złotych i położyłem je na tacce. Nie czekając na resztę, o ile jakąś bym otrzymał, skierowałem się do wyjścia, wcześniej dziękując oczywiście za obsługę. Przy samych drzwiach, kobieta zawołała za mną:
– A tych drugich gumek nie trzeba? – krzyknęła, wskazując na rządek kwadratowych kartoników. Ich zawartość bynajmniej nie służyła do żucia i robienia balonów.
– Obejdzie się – odparłem bardziej do siebie, niż do kasjerki, opuszczając czym prędzej osiedlowy kiosk. W drodze do hotelu zacząłem się zastanawiać, jak wielkim nietaktem byłoby wrócić do sklepu i poprosić o mambę oraz paczkę prezerwatyw. A przede wszystkim, jak zareagowałaby na to przemiła ekspedientka.

Krocząc skąpanym w strugach deszczu chodnikiem rozmyślałem o zbliżających się świętach. Może to nieco dziwne, ale nie przeszkadza mi, że spędzam je samotnie. Nie muszę się martwić przygotowaniami do kolacji wigilijnej, nie zaprzątam sobie głowy kupowaniem prezentów, które prędzej czy później wylądują w koszu na śmieci; jestem sam i dobrze mi z tym.
Z biegiem lat zacząłem dostrzegać, co tak naprawdę kryje się za tą magiczną otoczką Bożego Narodzenia. Jako dziecko czekałem oczywiście na prezenty, jak na szpilkach wyczekiwałem momentu, w którym rodzice w końcu pozwolą otworzyć leżące pod choinką paczuszki. Przeszkadzałem w kuchni, podjadałem mak do kutii i makowca, zapach pieczonej przez babcię strucli pamiętam zresztą do dziś; nigdy nie mogłem się nią najeść. Z kolei gdy byłem nieco starszy denerwowałem się na rodziców, którzy kazali mi przestrajać choinkę. Mama zawsze mnie strofowała, że powinienem założyć koszulę i krawat, a wszystkie ciotki i wujkowie zawzięcie dopytywali, kiedy przyprowadzę w końcu jakąś pannę. I przyprowadziłem, przed wigilią pokłóciliśmy się oczywiście o jakąś błahostkę, ale w trakcie składania życzeń oboje udawaliśmy, że wszystko jest w porządku.
Będąc dorosłym, mając własną rodzinę, pracę i inne obowiązki, dopiero wtedy dotarło do mnie, że święta nie mają w sobie ani grama magii, o której się tak często słyszy. Martwimy się sprzątaniem i zakupami, przejmujemy się, czy karp będzie wszystkim smakował, czy dzieciakom spodobają się prezenty, a wypieramy potrzebę spędzenia tego czasu z bliskimi. Tak po prostu, zwyczajnie usiąść z nimi do stołu i życzyć sobie wesołych świąt. Niestety nawet w trakcie kolacji bardziej obchodzi nas biedny Kevin znów samotnie spędzający święta w swym domu, aniżeli własna rodzina. Jakże to smutne, a zarazem prawdziwe.

Wchodząc do hotelu już w wejściu czułem, że czeka mnie kolejna ciężka noc. Przy recepcji dojrzałem bowiem niewysoką kobietę o rudych włosach, lecz to nie one najbardziej przykuły moją uwagę, a jej wysoki, nieco skrzekliwy i wyniosły głos, od którego poczułem dziwne i nieprzyjemne podrygi w żołądku. Takim tonem posługiwała się bowiem tylko jedna osoba i, jak na nią przystało, robiła niesamowitą awanturę biednej Dorocie, której ­chcąc nie chcąc przyszło objąć zająć stanowisko po Mateuszu.
– Pani raczy ze mnie żartować, prawda? – piszczała do młodszej kobiety klientka. Zbliżyłem się niepewnie do portierni, obserwując koleżankę, która wyglądała, jakby za moment miała wybuchnąć. W sumie nasze kelnerki zawsze mają taki wyraz twarzy.
– A wyglądam? – odwarknęła Dorota, splatając ręce na piersiach, a jej biała koszula wydostała się zza granatowej spódnicy. – Jak mówię, że go nie ma, to znaczy, że go nie ma.
– Pan Mateusz obiecał, że osobiście podejmie mnie w waszym hotelu. Cóż się niby takiego stało, że nie ma go w pracy? – Ukradkiem wślizgnąłem się za kontuar, obracając się plecami do awanturującej się kobiety. Słysząc jej głos od razu przypomniałem sobie, że w domu również wszczynała kłótnie z byle jakiego powodu. Niewiele się od tego czasu zmieniła.
– Czy ja mówię niewyraźnie? – żachnęła się Dorota, a fuknęła na klientkę tak mocno, że słyszeli ją pewnie pozostali goście hotelu. – Mateusz jest na urlopie. Mam to pani powtórzyć wolno i dużymi literami, żeby coś do pani dotarło?
– Pani mnie obraża! – wykrzyknęła kobieta. Przez chwilę poczułem potrzebę pomocy mojej koleżance, ale sekundę później przypomniałem sobie, że w sumie nie miałoby to większego sensu. W jakim celu miałbym wykłócać się z byłą żoną o coś, co nawet mnie nie dotyczy? Wróciłem więc do podziwiania schowków z kluczami do pokoi dla naszych gości. W końcu nie bez przyczyny mówią: nie ruszaj gówna, a nie będzie śmierdziało.
– Ja sobie nie życzę takiego traktowania! A pan Mateusz ma się tu zjawić w tej chwili, bo inaczej...
– Ależ szanowna pani! – Zerknąłem ukradkiem na wychodzącego z hotelowej restauracji dyrektora, który spieszył ku recepcji, jakby się na niej co najmniej paliło. W drodze poprawiał czerwoną marynarkę i krawat w tym samym kolorze. Zauważyłem również, że chwilę później z tego samego pomieszczenia wyszła Żaneta, a minę miała dość nietęgą. – Po co tyle krzyku? Dorota, co się takiego stało, że nie wydałaś jeszcze pani kluczy od pokoju?
Dorota prychnęła pod nosem, niczym rozjuszony kot. Gdy miała odpowiedzieć, dyrektor oczywiście wolał mówić za nią.
– Najmocniej panią przepraszam za zaistniałe niedogodności. Za sekundkę będzie się pani mogła udać do swojego apartamentu.
– Ja przepraszam, ale Mateusz, znaczy, pański pracownik – poprawiła się szybko – zapewniał mnie, że osobiście będzie nadzorował mój pobyt w pańskim hotelu. A nagle się dowiaduję, że jest na jakimś urlopie. Czy coś się mu stało?
Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem w jej głosie takiej troski. Nawet gdy zdechł nam pies nie umiała okazać dzieciom odrobiny współczucia.
Dyrektor podrapał się po nieco łysiejącej głowie, nakładając na usta firmowy uśmiech i przybliżając się nieznacznie ku kobiecie.
– Bardzo mi przykro, jednak pan Mateusz przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim – powiedział, a głos nie załamał mu się nawet przez chwilę. W końcu biznesmeni kłamią równie dobrze, co prawnicy.
– Oh – wymsknęło się klientce – ale wróci? Jak długo go nie będzie?
– Obawiam się, że dość długo. – Oczywiście, że tak. Chyba że poturbowany Mateusz nagle zmartwychwstanie, otrzepie się z kurzu i wróci na recepcję, jakby się nic nie wydarzyło.
– Apoloniusz – zwrócił się do mnie przełożony, a mnie język stanął kołkiem w gardle, zresztą nie pierwszy raz – mógłbyś obsłużyć panią?
Obróciłem się niezdarnie ku kobiecie, która patrzyła na mnie z tym samym niezadowolonym wyrazem twarzy, co przez minione dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Westchnąłem cicho, siląc się na grymas uśmiechu.
– Witamy serdecznie w hotelu Pelargonia. Poproszę pani nazwisko, bym mógł sprawdzić pani rezerwację. – Pod wpływem świdrującego spojrzenia byłej żony czułem, jak zjedzony przed wyjściem do pracy obiad niebezpiecznie podsuwa mi się do gardła. Dodatkowo stojący tuż przy mnie dyrektor ani trochę nie ułatwiał tej jakże niezręcznej sytuacji.
– A ty co – odparła zjadliwie – już nie pamiętasz mojego panieńskiego nazwiska?
– Proszę wybaczyć – wtrącił się dyrektor, oczy mu dziwnie błyszczały, gdy patrzył na moją dawną małżonkę – państwo się znają?
Bożena zaśmiała się złośliwie, wskazując na mnie idealnie opiłowanym paznokciem w kolorze krwistej czerwieni.
– Znamy? Ja z tym nieudacznikiem zmarnowałam przeszło dwadzieścia lat życia! – Staż naszego małżeństwa praktycznie wypluła z obrzydzeniem. Zobaczyłem, że w naszym kierunku zbliża się zaciekawiona Żaneta pchająca wózek ze środkami czystości. Usytuowała się nieopodal recepcji, bynajmniej nie po to, by pozamiatać, podłogę.
– Rozumiem, że byliście państwo małżeństwem? – ciągnął dyrektor, a ja skurczyłem się w sobie jeszcze bardziej.
– Niestety – wybąkałem, co oczywiście nie uszło uwadze Bożeny. Ta kobieta jest gorsza, niż CBA, CBW i CBŚ razem wzięte.
– A ciekawe, kto gorzej na tym chorym małżeństwie wyszedł? – warknęła na mnie, jakby miała wściekliznę. Nie przejąłem się za bardzo, przyzwyczaiłem się do jej wiecznych humorków i narzekań, a także do tego, iż to ja zawsze byłem sprawcą jej niekończących się niepowodzeń życiowych. – Przez ciebie żyję w tej zagrzybionej kamienicy i nie mogę się pozbyć tego cholernego mieszkania. Wiesz chociaż, co się dzieje u naszych dzieci? Wiesz, że Malwinka ma kolejnego synka? A Adaśko? Przeprowadził się do Holandii. Interesuje cię w ogóle cokolwiek? Pewnie, że nie. Zawsze byłeś tylko ty, ty i te twoje durnowate krzyżówki.
– Masz dzieci, Apoloniusz? – wtrąciła się Żaneta, przecierająca z niebywałą dokładnością stojący na pobliskim stoliczku wazon. Wzruszyłem w odpowiedzi ramionami, a Bożena spojrzała na nią krzywo, zapewne szykując się do jakiejś cynicznej uwagi.
– No tak wyszło, że jakieś ma – odparła, poprawiając swe rude włosy. Dyrektor odchrząknął znacząco, karcąc pokojową spojrzeniem.
– Żanetko, czy nie powinnaś przypadkiem umyć okien? – zwrócił się do niej, ale ona w ogóle nie przejęła się jego słowami. – Zbliżają się święta, hotel powinien być gotowy na przyjęcie nowych gości.
– Po co? – odpowiedziała dumnie Żaneta, patrząc na przełożonego z udawaną sympatią. – Jezus urodził się w stajni. Nie myję okien, żeby czuł się jak u siebie.
Skonsternowany uwagą pokojowej dyrektor podskoczył do niej jak oparzony, odciągając ją na bok, a do mnie rzucając na odchodne, że mam zająć się gościem. Wyjątkowo niechętnie, co zresztą musiało być po mnie widać, odnotowałem godzinę przybycia Bożeny do hotelu, kładąc przed nią niewielki klucz. Ona jednak nie ruszyła się z miejsca.
– No i na co czekasz? – warknęła na mnie. – Może sama mam zanieść walizkę do pokoju?
Podniosłem się powoli z krzesła i wyszedłem zza kontuaru, czując na sobie zwycięskie spojrzenie byłej żony. Z reguły nie lubię robić ludziom na złość, ale w przypadku Bożeny postanowiłem uczynić wyjątek. Coś mi się w końcu należy po ponad dwudziestu latach męki z nią.
– Cały czas prosto, a później lekko w lewo. Tam jest winda – poinstruowałem ją, z niebywałą satysfakcją patrząc na jej otwierające się szeroko oczy i opadającą coraz niżej szczękę. Później usadowiłem się wygodnie w fotelu, wyciągając z niewielkiej saszetki poradnik Mateusza.
– Ty prostaku – wycedziła wściekła Bożena. – Od zawsze ci słoma z butów wystawała. Dobrze mi mamusia mówiła, człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy.
– O ile mnie pamięć nie myli Kosuty nie otrzymały jeszcze praw miejskich – odparłem, szukając strony, na której skończyłem wczoraj czytać – także obawiam się, że to nie ja pochodzę ze wsi, kochana, była małżonko.
Kiedyś godzinami suszyłaby mi głowę za podobne odzywki, teraz potrafiła się jedynie zdobyć na wysokie uniesienie głowy.
– Cham – wycedziła, z agresją rozpinając wielgachne futro. – Mateusz nigdy by mnie tak nie potraktował.
Gdy odchodziła, ciągnąc za sobą w furii niewielką walizkę, mogłem zobaczyć, jak bardzo się zmieniła po naszym rozwodzie. Przy mnie nigdy nie przywiązywała zbyt dużej wagi do wyglądu, raczej stroniła od kosmetyków i preferowała wygodne ubrania. Obecnie zaś, spoglądając na zagruntowaną makijażem twarz, ogniście rude włosy, a także na buty na dość wysokim obcasie, śmiało można było stwierdzić, iż dopadł ją poważny kryzys wieku średniego. Nie było mi jej żal, bardziej współczułem biednemu Mateuszowi, który miał to nieszczęście, że spotkał ją za życia, na dodatek wszedł z nią w jakieś korelacje. A ona by go pożarła, przemieliła trzy razy i wypluła, jak to zrobiła ze mną.
Przewracając powoli kartki pożyczonego poradnika w poszukiwaniu fragmentu, na którym skończyłem wczoraj czytać, nieustannie towarzyszyło mi uczucie, iż o czymś zapomniałem. Czasem człowiek już tak ma, zwłaszcza w moim wieku, że wydaje mu się, że wypadło mu z głowy coś ważnego, ale za żadne skarby nie może sobie owej rzeczy przypomnieć. Jak się później okazało, owe przeczucie mnie nie zawiodło. Wydałem bowiem Bożenie klucz do nieodpowiedniego pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz