niedziela, 27 stycznia 2019

Rozdział 9




Prawdziwy mężczyzna ma wszystkiego w nadmiarze.



Nasz dyrektor, mimo że na takiego nie wygląda, to dość przebiegła gadzina. Gościom hotelu prezentuje się oczywiście, jako dobry gospodarz, a w rzeczywistości dniami i nocami knuje za drzwiami swego gabinetu, obmyślając nowy plan oskubania ich z reszty pieniędzy. W skrócie jest człowiekiem bardzo interesownym, pewnym siebie, a także z żyłką do biznesu. Nie dziwi zatem, że po odkryciu przez moją byłą żonę zwłok Mateusza wystarczyła sekunda, by pod czaszką zaczął krystalizować mu się genialny plan zamiecenia całej sytuacji pod dywan. Problem w tym, że nasze hotelowe wykładziny ukrywają już tyle brudów, że kolejny z pewnością się pod nie nie wciśnie.
 Bożena wyjątkowo skutecznie zaalarmowała cały personel o swoim znalezisku, krzycząc wniebogłosy, jakby pod nogami przebiegł jej wielki szczur. I początkowo faktycznie zignorowałem jej wrzaski, bo w naszym hotelu gryzonie przesiadują dość często, lecz gdy przybiegła na portiernię zalana łzami, drąc się co drugie słowo „trup”, nie mogłem już siedzieć w spokoju i udawać, że nic się takiego nie wydarzyło. Tym bardziej, że poruszeni jej rabanem goście zaczęli wychodzić z pokoi i domagać się natychmiastowych wyjaśnień. Szczęście w nieszczęściu, że wszystko usłyszał dyrektor, który postanowił zająć się wielkim poruszeniem, bo mnie oczywiście zabrakło języka w gębie. A tak na marginesie, zaciekawiło mnie, jak w składziku bez światła udało jej się dostrzec ciało biednego młodzika.
– Patrzcie, jaki bohater – wyszeptała Żaneta otaczająca mnie wraz z resztą personelu. Zostaliśmy póki co odepchnięci na bok, gdyż nasz pracodawca próbował nieco uspokoić zaniepokojonych gości zgromadzonych w holu hotelowym. W tym również moją byłą żonę, która uwiesiła mu się na ramieniu, płacząc i jęcząc w drogą marynarkę. Że też w małżeństwie nie była zdolna do okazania jakichkolwiek uczuć.
– No – mruknęła obgryzająca skórki wokół paznokci Dorota – pierś wypiął, jakby order mieli mu wręczać.
– A jak jej szybko ramię zaoferował – dodała Ula, nasza druga kelnerka.
– I jakie ma buty. – Zerknęliśmy na Luigiego, który oczywiście wyjadał jakieś resztki z kuchni, a tłuszcz skapywał mu po brodzie. Nie pierwszy raz nasz kucharz wykazał się niebywałą inteligencją, ale wciąż udawało mu się czymś nas zaskoczyć. – W sensie, że ładne. Dopasowane. Takie elokwenckie.
– Raczej eleganckie – poprawiła Żaneta, odsuwając się od kolegi, który usiłował zmieścić w paszczy ostatki sporego kotleta mielonego. – Akurat w tym przypadku mógłbyś się czegoś od niego nauczyć.
– Jak nosić buty? – zapytał niewyraźnie Luigi, gdyż próbował pogryźć mięso. Chwilę później większy kawałek wyleciał mu z ust, lądując prosto na białych tenisówkach pokojowej.
Żaneta z reguły nie owija w bawełnę i mówi, co jej ślina na język przyniosła. Zwłaszcza do naszego kucharza, nie szczędząc mu kąśliwych uwag, których biedak i tak nie jest w stanie ogarnąć swym małym rozumkiem.
– Jak nie być taką obleśną świnią – warknęła, a stojąca obok niej Dorota zaśmiała się cicho pod nosem. Luigi jedynie wzruszył tęgimi ramionami, wycierając tłuste palce w niegdyś biały fartuch.
– No od dyrektora można się wiele nauczyć – przytaknęła koleżance. Ta jednak zerknęła na nią z ukosa, a chwilę później jej lewa brew powędrowała lekko ku górze. Ja z kolei wyczułem tworzące się między paniami napięcie, zwłaszcza od Żanety, która – z tego, co pamiętam – nie ma zbyt dobrego zdania o Dorocie.
– Pewnie wiesz z autopsji, co? – rzuciła z przesłodzonym uśmiechem, a twarz kelnerki stężała w okamgnieniu.
– Święta się odezwała – odwarknęła, krzyżując ręce na piersiach. – Ja chociaż nie robiłam tego w pracy.
– A ja nie leciałam na dwa fronty – odparła, unosząc dumnie głowę.
– Ale ja nie mam męża.
– Godności również. – Mimo że obie mówiły dość cicho, brzmiały niczym dwie przekupy na targu kłócące się o wyższość sprzedawanych przez siebie ziemniaków. Ja oczywiście siedziałem między nimi, zapadając się coraz bardziej w niewygodnym fotelu i zastanawiając się, kiedy trafi we mnie jakiś rykoszet z tej babskiej pyskówki. Od dziecka miałem bowiem szczęście, że jak gdzieś kłóciły się dwie kobiety, tam i ja dostawałem po głowie.
– Przegięłaś w tym momencie – wysyczała Dorota, celując w Żanetę krótkim paznokciem w różowym kolorze.
– Nom – dołączył się Luigi przeżuwający eklerkę – to było bardzo niemiłe.
– Ta? I co mi zrobisz grubasie? – fuknęła na kucharza, zakasując rękawy od bluzy. – Usiądziesz na mnie?
– Przestańcie, bo ludzie zaczynają się interesować – wtrąciła się nieśmiało Ula. O dziwo rozjuszona Żaneta zamilkła, rozsiadając się na moim biurku, konkretnie na książce, w której rejestruje się gości. Machała nogami niczym dziecko, szturchając mnie co rusz w kolano, a nawet w udo. Mimo że bardzo naruszała tym moją przestrzeń osobistą, wolałem nie zwracać jej uwagi. Co innego Dorota, która wróciła po jakimś czasie do niewygodnego tematu o naszym dyrektorze.
– Coś się tak rozkraczyła? – rzuciła kąśliwie, wyraźnie akcentując ostatnie słowo. – Na Apoloniusza też już się zasadziłaś?
Żaneta przestała poruszać nogami, przewiercając kelnerkę wściekłym spojrzeniem. Próbowałem się odsunąć od miejsca potyczki obu pań, ale kiepsko mi to wychodziło. Czułem, jak materiał swetra zaczyna mnie gryźć przez spływające po kręgosłupie kropelki potu.
– Mogłaś celować w jakąś lepszą ligę, tu sama bida z nędzą – dodała, uśmiechając się szyderczo.
Pokojowa milczała. Była wściekła, to było aż nazbyt oczywiste, ale tym razem trzymała nerwy na wodzy, a przynajmniej próbowała. Mnie zaś do tej pory udało się ustalić kilka interesujących szczegółów, mianowicie obie panie miały coś za uszami, konkretnie romans z naszym dyrektorem, i prawdopodobnie Żaneta poszła w odstawkę na rzecz Doroty. Przeszło mi przez myśl, że niektórzy mężczyźni myślą bardzo wąskotorowo, wybierając młodsze i teoretycznie ładniejsze kobiety, gdy sami mają już czterdziestkę na karku.
– Jak ty na Mateusza? – odparła po dłuższej chwili pokojowa, podnosząc się z mojego biurka i stając naprzeciwko kelnerki. Dziewczyna jakby trochę pobladła, a na pewno nie uśmiechała się już złośliwie i nie była tak bardzo pewna siebie, jak jakiś czas temu.
– Mateusz nie ma nic do tego – odwarknęła Dorota.
– Już nie ma – odpowiedziała Żaneta, krzyżując ręce na piersiach. Atmosfera panująca na portierni nie była już gęsta, była twarda i lodowata, niczym kostka lodu. Nawet Luigi przestał opychać się słodkościami i zgrabnie wycofał się bliżej wejścia do kuchni.
– On nigdy nie był prawdziwym mężczyzną. Był biedakiem – dodała, wypowiadając głośniej ostatnie słowo. Pokojowa uśmiechnęła się do niej sardonicznie.
– Oczywiście, bo w twoim świecie idealny i prawdziwy mężczyzna ma wszystkiego za dużo i pod dostatkiem. Klata, jak klatka schodowa, oczy niczym jeziora, orzeł zamiast wróbelka – zakpiła, a twarz Doroty niemal zapłonęła z furii. – Zwłaszcza to ostatnie.
– Jeszcze jedno słowo, a wyrwę ci kłaki i pozamiatam nimi podłogę – odpyskowała kelnerka, ignorując obracającą się ku nam coraz większą liczbę gości.
– Przestańcie, proszę – odezwała się ponownie Ula, próbując jakoś zaradzić całej sytuacji. Zwłaszcza, że przemówienia dyrektora o bezpieczeństwie naszego hotelu nikt już nie słuchał; gawiedź wolała zająć się kolejną sensacją.
– Przecież nic takiego nie powiedziałam. Zresztą to nie moja wina, że Mateusz wolał inną.
– Chyba nie mówisz o sobie?! – wrzasnęła nagle Dorota. – Takiego kocmołucha, do tego pomywaczki podłóg nawet jednym palcem by nie rus…
Dziewczyna nie dokończyła zadania. Rozwścieczona Żaneta wpierw uderzyła ją w twarz, a później wyciągnęła zza kontuaru, trzymając za kołnierzyk od koszuli. Kelnerka próbowała się wyrwać, szarpała się przez cały czas i krzyczała, niczym opętana, zwłaszcza, że pokojowa wraz z kołnierzem złapała jej sporo włosów. Część z nich nawet wyrwała, gdy zaalarmowany dyrektor odciągnął ją na bok, trzymając za rwące się do dalszej walki ręce. Dorota zaś wylądowała na podłodze między gośćmi, zalewając się obficie łzami.
– Co tu się do jasnej cholery wyprawia?! – Donośny głos dyrektora rozniósł się po całym hotelu. Cały czas starał się zapanować nad Żanetą, która nie przestawała się rzucać na wszystkie strony. Ja zaś odruchowo wsunąłem się bardziej za kontuar portierni, za którym również stała przerażona i blada jak ściana Ula. Zrobiło mi się jej żal, szczególnie, że nie pracuje z nami zbyt długo i na dobrą sprawę nie zdążyła się jeszcze z nikim dobrze zakolegować.
            – Rzuciła się na mnie! – wydarła się zaryczana Dorota. – Wariatka!
            – Mogę być wariatką, ale chociaż nie jestem sprzedajną kurwą! – wrzasnęła Żaneta. Kilka sekund później dało się słyszeć krzyk bólu dyrektora, którego pokojowa ugryzła w rękę. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, trzymając za bolący nadgarstek i klnąc wniebogłosy. Goście hotelu przyglądali się całej trójce z przerażeniem, a niektórzy zaczęli się nawet zastanawiać, czy zadzwonić na policję.
            – Sama się z nim pieprzyłaś po kątach, a mnie nazywasz kurwą?! – odpyskowała kelnerka, podnosząc się niezdarnie z podłogi. Na jej cielistych rajstopach utworzyła się pokaźna dziura, mniej więcej na wysokości kolana.
            – Nie spałam z nim ani razu! – krzyknęła Żaneta, wskazując na siebie palcem; w oczach zaczęły gromadzić jej się pierwsze łzy. – To ty się szlajałaś od pokoju do pokoju i dawałaś dupy komu popadnie! Nawet Tuszyńskiemu!
            Wskazała przy tym na otyłego mecenasa, który nawet zdążył się ubrać, nim wyszedł z apartamentu. Reszta gości patrzyła na niego z niedowierzaniem i czymś na kształt pogardy. Zaciekawiło mnie, jak łatwo można osądzić człowieka, kompletnie go nie znając.
            – Ależ drogie panie – wtrącił się prawnik, zapewne wyłącznie po to, by jakoś zapobiec dalszemu odkrywaniu brudów ze swej alkowy. Kobiety jednak w ogóle nie chciały z nim rozmawiać, nawet nie próbowały go wysłuchać. – Chyba zaszło tu jakieś nieporozumienie, ja bym nigdy w życiu nie…
            – Zamknij się! – przerwała mu dość dobitnie Dorota, a Tuszyński skrył się między gośćmi. – Zamknij się, ty obleśna, zboczona świnio, bo nie ręczę za siebie!
            – Bo co?! Prawda cię nagle w oczy kole?! – Żaneta ponownie naskoczyła na kelnerkę. – Czy może też mu przypieprzysz w łeb, jak Mateuszowi?!
            – Że co? – dołączyła się moja była żona, wychylając się z niewielkiego tłumu gości. – Ona zabiła mojego Mateuszka?
            – Pani Mateuszka? – odezwała się niepomiernie zdziwiona Ula, która do tej pory stała cichutko pod ścianą, niczym trusia. Wyszła po chwili zza kontuaru, zbliżając się do Bożeny.
            – No mojego! – wyjęczała, wylewając kolejną porcję łez. – Mojego! Był taki kochany! Listy ze mną pisał, taki romantyk był z niego!
            Na potwierdzenie swych słów wyciągnęła z torebki kilka kopert i trzęsącymi się dłońmi podała je Uli, ale ona od razu cisnęła je na podłogę, na co Bożena rozpłakała się jeszcze mocniej, rzucając się po korespondencję.
            – Jak pani tak może?!
            – Jak ja mogę? – odparła zdenerwowana dziewczyna. – Raczej jak pani może mieć czelność kłaść ręce na cudzym mężczyźnie!
            – Dziecko, co ty wygadujesz?!
            – Mateusz był moim narzeczonym! O tym mówię! – Wyciągnęła z małej kieszeni w spódnicy pierścionek, niemal wpychając go mojej byłej żonie do oka. Ale Bożena, jak to Bożena, choć widzi, to nigdy wiary nie daje.
            – To kłamstwa! Brednie jakieś dziecinne wyssane z palca!
            – Zdradzał mnie i to jeszcze z jakąś starą babą! – zawyła zrozpaczona Dorota.
            – A ty go niby kantem nie puszczałaś? – dodała od siebie Żaneta. – Tu wielka miłość, a chwilę później nogi rozwarte, niczym bramy piekielne, na biurku dyrektorskim!
            – Żaneta hamuj się! – Dyrektor kolejny raz starał się jakoś uspokoić swoje pracownice, ale szło mu wyjątkowo opornie. Zwłaszcza, że obie panie ujawniły dość znaczące przewinienia, jakich się dopuścił, a które do tej pory skutecznie udawało mu się tuszować.
            – Teraz to się hamuj, a jak kazałeś mi klęczeć w tym pieprzonym składziku na miotły przeszło pół godziny, to było dobrze, tak?
            – Cholera jasna, opanuj się kobieto!
            – I jak latałeś do mnie, bo ci przy gówniarze stanąć nie mógł, to też było dobrze tak?!
            – Przymknij się wreszcie!
            – O nie – odparła dużo spokojniej, uśmiechając się do dyrektora złowieszczo. – Skończyło się. Nie dam już sobą pomiatać, nie będę ci więcej usługiwać i nie dam ci o tym wszystkim zapomnieć. Choćbym miała cię przeciągnąć przez wszystkie kręgi piekielne, za to, co mi zrobiłeś, nie odpuszczę ci.
            – Myślę, że nie będzie ku temu potrzeby, szanowna pani. – W drzwiach hotelu stało dwóch policjantów, jeden z nich był zwykłym szeregowym, natomiast drugi, wnioskując po ilości gwiazdek znajdujących się na naramienniku, znajdował się znacznie wyżej w policyjnej hierarchii. – Starszy aspirant Dariusz Wysocki i posterunkowy Trep. Dostaliśmy zawiadomienie, że w tym hotelu doszło do morderstwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz