— O dwóch takich, co
chciały być mądre —
Stałem sobie po drugiej stronie ulicy
pod balkonem, przyglądając się powoli gasnącym światłom w budynku naprzeciwko
mnie. Kamienica, przy której się ulokowałem, była dość stara, żeby nie
powiedzieć obskurna. Fasada przyozdobiona przez miejscowych chuliganów wyjątkowo
popularnymi inwektywami w połączeniu ze skrzypiącymi i ledwie trzymającymi się
w zawiasach drzwiami wejściowymi nie zachęcała do wejścia. Balkon, pod którym
sterczałem, również był wątpliwej jakości, zwłaszcza zardzewiała balustrada i
sypiący się od spodu tynk. Ale tutaj przynajmniej nie padało. Kilka metrów
dalej znajdował się zaś przystanek autobusowy.
Hotel, w którym przepracowałem
kilkanaście lat, zaczął popadać w ruinę. Każdego dnia obserwowałem coraz
mniejszą liczbę ludzi zaglądających do środka, codziennie patrzyłem na raptem
kilka pokoi, w których bardzo szybko gasły światła. Skład nowego personelu
również zmieniał się w zatrważającym tempie. Nie widziałem ani jednej znajomej
twarzy, nie spotkałem nikogo ze starych pracowników, nawet dyrektor wyglądał
zupełnie inaczej. Większość z nas odeszła dobrowolnie, zresztą nikt jakoś
specjalnie nas nie zatrzymywał, a nasz dawny pracodawca stwarzał wrażenie,
jakby mu ulżyło, że nie musi już nam płacić. I tak tydzień po tygodniu
przychodził ktoś nowy, szybko się zwalniał, na jego miejsce przychodziła
kolejna osoba, która również zbyt długo nie wytrzymywała i składała
wypowiedzenie. Ile wytrzymałem? Tak szczerze, to nie pamiętam. Może miesiąc,
może więcej, w każdym razie nikt za mną nie płakał, kiedy odchodziłem. Pamiętam
jednak dziwną ulgę, którą poczułem tamtego dnia, gdy zmarznięty, przemoknięty,
a do tego bezrobotny wróciłem do domu po mojej ostatniej zmianie. Gorąca
herbata jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała, a sen przez całe życie nie był
tak spokojny i mocny, jak owego dnia.
Ostatnie światło w jednym z pokoi na piętrze zgasło i jedynie
nikły poblask z żarówki na recepcji świadczył, że hotel jest w dalszym ciągu
otwarty. Chwilę później na przystanek zajechał autobus, a ja podreptałem w jego
kierunku, chcąc zająć w miarę dogodne miejsce. W środku nie było zbyt wielu pasażerów,
raptem kilka staruszek z charakterystycznymi wózkami na zakupy i jakiś młody
chłopak z dużymi słuchawkami na uszach. Nie wiem czemu, ale wsiadając do
komunikacji miejskiej ludzie mają dziwną tendencję do zajmowania samotnych
miejsc. Lokują się po prostu jak najdalej od innych, tak jakby się ich bali. Szczególnie
fascynującym zjawiskiem są podwójne siedzenia, które najczęściej są okupowane
przez jakąś starszą kobietę. Jedno miejsce jest bowiem dla niej, a drugie dla
jej siatek z zakupami. I oczywiście biada temu, kto ośmieli się zwrócić takiej
pasażerce uwagę.
Usiadłem praktycznie na samym końcu autobusu i spoglądałem przez
brudną szybę na ciemne ulice tonące w strugach deszczu. Ulewa była tak silna,
że latarnie nie były w stanie dostarczyć wystarczającej ilości światła do
rozjaśnienia chodników. Stęskniłem się trochę za wiosną, zwłaszcza za
cieplejszymi i bardziej słonecznymi dniami. Miałem już dość codziennej słoty,
otaczającej mnie dookoła szarości i tych ponurych nastrojów. Przypomniały mi
się poranne wypady nad jezioro, gdzie mogłem siedzieć całymi dniami i wpatrywać
się w dryfujący spławik, póki nie chwyciła go jakaś ryba. Tęskno mi było do
spokoju, do ciszy, chciałem jak najszybciej uciec od tej ciemności i dudniącego
w uszach miejskiego hałasu.
Autobus zatrzymał się dość gwałtownie na kolejnym przystanku,
osiadł przy nim z charakterystycznym sapnięciem i głośnym otwarciem wszystkich
drzwi. Do środka weszła jakaś kobieta i zaczęła kierować się w moją stronę, a
raczej ku wolnym miejscom, których najwięcej było na tyłach pojazdu. Niespodziewanie
usiadła obok mnie, pociągając kilka razy nosem przez panujące na dworze zimno.
Poznałem ją dopiero, gdy ściągnęła czapkę z dużym pomponem i opuściła trochę
gruby szalik, którym opatuliła szyję.
– Żaneta? – Spojrzała jakby trochę przestraszona, po czym
uśmiechnęła się szeroko, poprawiając zmierzwione przez nakrycie głowy włosy.
Praktycznie nic się nie zmieniła, od kiedy ostatni raz ją widziałem.
– No proszę, co za spotkanie! – Kilka osób znajdujących się w
autobusie zerknęło w naszą stronę. – Boże, jak ja cię dawno nie widziałam. Co
tam u ciebie? Jak się trzymasz?
– Dobrze – wybąkałem po dłuższej chwili, wciskając głębiej ręce
do kieszeni kurtki. Żaneta spojrzała na mnie karcąco, a jednocześnie
sympatycznie, przez co poczułem dziwną potrzebę powiedzenia czegoś więcej. – W
sensie jakoś tam leci. Zmieniłem pracę, rozglądam się za jakimś dogodniejszym
mieszkaniem. Nic ciekawego w zasadzie.
– To fajnie – odparła, ale nie była już tak entuzjastyczna, jak
na początku. A ja niespecjalnie się temu dziwiłem.
Minęliśmy kilka przystanków w kompletnej ciszy. Za każdym razem,
gdy chciałem ją o coś zapytać, w ostatnim momencie gryzłem się w język i koniec
końców nie mówiłem nic. Myślałem, że spędzimy tak całą trasę, ale gdy autobus nieco
opustoszał, Żaneta ponownie się odezwała, jednak mówiła dużo ciszej i z wyraźną
nostalgią.
– Niezręcznie trochę, co nie? – Nie pytała, po prostu
stwierdzała fakty, na co ja przytaknąłem ledwo zauważalne głową. Uśmiechnęła
się lekko, ale widać było, że robi to bardziej z konieczności. – Przeczołgałam
was przez policję i sądy, a teraz, jak gdyby nigdy nic, pytam, co tam u ciebie.
Przeczołgała to trochę wyolbrzymione słowo. Zwłaszcza, że na
komendę wzywano mnie raptem dwa razy, a w sądzie nikogo jakoś specjalnie nie
obchodziło, co miałem do powiedzenia.
– Bez przesady – odparłem, próbując jakoś dodać jej otuchy. – Zresztą
mnie tam za bardzo widzieć nie chcieli. Co innego Dorotę.
– Czy to dziwne, że mam wyrzuty sumienia po tym, co jej
zrobiłam? – spytała, wykręcając sobie ze zdenerwowania palce.
Czy to dziwne? Według mnie, nie. Dorota na wszystko zapracowała
własnymi rękami, przynajmniej w moim odczuciu. Co innego, że Żaneta weszła w
jej spisek zupełnie świadomie i jedyne, czego powinna żałować, to własnej
głupoty oraz naiwności.
– Nie – odpowiedziałem, gdy autobus zatrzymał się na kolejnym
przystanku. – Przecież nie kazałaś jej zabijać.
– Ale pomagałam jej to ukryć – odpowiedziała nieco głośniej,
obracając się gwałtownie w moim kierunku.
Patrząc w jej pełne żalu oczy przeszło mi przez myśl, że kobiety
to bardzo dziwne stworzenia. Czemu tak inteligentne i silne osoby, które
potrafią znieść znacznie więcej, aniżeli niejeden mężczyzna, gdy w ich
otoczeniu pojawia się jakiś przedstawiciel płci męskiej nagle kompletnie tracą
głowę i idą za nim, niczym owce prowadzone na rzeź? Czemu nabierają się na te
sztuczki? Czemu dają się wodzić za nos?
– A jesteś pewna, że robiłaś to dla Doroty? – zapytałem, a oczy
Żanety kompletnie przygasły. – Pomagałam dziewczynie, która kochała tak mocno,
że dopuściła się morderstwa z miłości. To brzmi bardzo heroicznie, ale prawda
jest taka, że chciałaś przy tym coś ugrać dla siebie.
– Chciałam – odparła z głośniejszym westchnięciem, odchylając
się nieco na siedzeniu. – Chciałam go odzyskać, chciałam, żeby wrócił do mnie i
przestał zaprzątać sobie głowę jakąś gówniarą. Ale w porównaniu z nią nie
miałam nic do zaoferowania. Młoda, piękna, zabawna, a ja?
Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo Żaneta czuje się
niedowartościowana. I zrozumiałem przy tym, że większość kobiet tak się czuje. Kiedy
teoretycznie mają wszystko, same odnoszą wrażenie, że nie mają niczego. Mąż,
dzieci, jakaś praca i dom, to wartości, których wymaga od nich społeczeństwo i
są przez nie dobrze widziane. Jednak samo posiadanie to niestety nie wszystko.
– Wszędzie niepotrzebna – wymamrotała pod nosem. – W domu patrzą
tylko na to, czy jest ugotowany obiad i wyprane skarpetki. W pracy patrzyli,
czy podłoga jest dobrze umyta i założona świeża pościel. Nikt nie patrzył na
to, czego sama potrzebowałam.
– A dyrektor był ci w stanie to zapewnić.
– Nie – odrzekła – ale chociaż przez chwilę mogłam się poczuć
kobietą. Czułam się potrzebna, czułam, że mam jakąś wartość. A później
oczywiście pojawiła się Dorota.
– I ci go odebrała.
Zamilkła, bawiąc się zamkiem od kurtki. Co ciekawe, nie czułem
się niezręcznie, rozmawiając z nią o tych przykrych wydarzeniach. Od dawna
bowiem z nikim tyle nie rozmawiałem i jak kiedyś zwykła pogawędka sprawiała mi
wiele trudności, tak teraz czułem, ile daje kontakt z drugim człowiekiem. I rozumiałem
poniekąd Żanetę. Kiedy bowiem człowiek czuje się niepotrzebny, na niczym mu nie
zależy i jest gotowy posunąć się do wszystkiego, by zaskarbić sobie czyjąś
uwagę.
– Wiesz, czemu to zrobiła? – zapytała, patrząc na mnie zmęczonym
wzrokiem. – Kochała Mateusza tak bardzo, że nie mogła znieść, że ją zostawił. Myślała,
że jakoś go odzyska, wzbudzi zazdrość, umawiając się z dyrektorem. Ale to nic
nie dało i poczuła się jedynie jeszcze bardziej upokorzona.
Autobus skręcił w mniejszą uliczkę prowadzącą do pobliskiego
osiedla. Powinienem wysiąść na najbliższym przystanku, ale nie chciałem
zostawiać Żanety samej. Przysunąłem się nawet do niej nieco bliżej.
– Jak to jest, Apoloniusz? – odezwała się po jakimś czasie. –
Jak to jest, że tobie nie brakuje ludzi?
Wzruszyłem od niechcenia ramionami.
– Bardziej odpycham od siebie ludzi, niż mi ich nie brakuje –
odpowiedziałem, wyglądając przez ciemną szybę. – Może dlatego rozstałem się z
żoną, a dzieci ode mnie uciekły.
– I nie czujesz się samotny? Nie masz wrażenia, że jesteś
niepotrzebny?
– Wiesz – zacząłem cicho – myślę, że to nie inni ludzie
sprawiają, że czujemy się potrzebni, ale nasze czyny świadczą o naszej
wartości. Póki mogę coś dla kogoś zrobić, nieważne, czy będzie to coś małego
czy dużego, czuję się pożyteczny.
Uśmiechnąłem się najserdeczniej, jak tylko potrafiłem. A nie
umiem tego za bardzo robić, więc zapewne wyszedł mi jakiś okropny grymas na
twarzy, ale Żaneta nie dała niczego po sobie poznać. Nawet odwzajemniła moją
nieporadną próbę uśmiechu, przez co zrobiło mi się miło i cieplej na sercu.
Autobus zaczął zbliżać się do końca trasy, więc nic dziwnego, że
zostaliśmy w nim sami. Zacząłem więc podnosić się ku wyjściu, Żaneta podobnie.
Wcześniej założyła na głowę grubą czapkę, starannie chowając pod nią włosy.
– Czym się teraz zajmujesz? – spytałem, gdy wysiadaliśmy na
pętli. Deszcz nieco zelżał, ale wciąż był dość obfity.
– Czekam na ostatnią rozprawę, a później, kto wie – odparła,
wzruszając ramionami. – Dostanę pewnie kilka miesięcy za pomoc w zatajeniu
morderstwa, ewentualnie kilka lat.
Zadziwiło mnie, że podchodzi do całej sprawy tak spokojnie.
Gdyby mnie sądzono, faktycznie mogłoby mi być wszystko jedno, ale Żaneta ma
dużo więcej do stracenia, przede wszystkim rodzinę, na której powinno jej
zależeć. Nie pytałem jej o to jednak. Przytaknąłem ze zrozumieniem głową,
chowając się pod kapturem kurtki przed strugami deszczu.
– Apoloniusz – zwróciła się do mnie, gdy doszliśmy do
niewielkich bloków – mogłabym mieć do ciebie prośbę?
– Oczywiście – odpowiedziałem, chowając ręce w kieszeniach
kurtki.
– Odezwij się do mnie czasem – poprosiła lekko drżącym głosem. –
Nie mam nikogo z kim mogłabym tak porozmawiać, jak z tobą.
Poczułem się nieco zakłopotany jej słowami. Nikt mi bowiem nigdy
nie powiedział czegoś podobnego i z początku nie bardzo dawałem Żanecie wiarę.
Stwierdziłem jednak, że skoro nie mam nic do stracenia, to powinienem przystać
na jej prośbę. I tak też zrobiłem, ale w ogóle nie spodziewałem się, że w
ramach podziękowań kobieta mocno się do mnie przytuli. Później odszedłem w
przeciwnym kierunku, nie obchodziło mnie, że kurtka kompletnie przemokła, a do
domu mam jeszcze spory kawałek do przejścia. Myśli moje były bowiem daleko ode
mnie, ponieważ pierwszy raz poczułem, jak to naprawdę jest być komuś
potrzebnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz