środa, 2 stycznia 2019

Rozdział 5



— Bo dobra pokojowa nie zamiata jedynie podłóg. —



Co przeczytałem, nie mam bladego pojęcia. Chyba coś o dłoniach, że należy je dokładniej czyścić. Bardziej od książki interesowała mnie bowiem krzątająca się po korytarzach hotelu Żaneta. Było po drugiej w nocy, a ona wciąż wałęsała się po piętrze z mopem, czasem wymieniając go na szczotkę, tym samym udając, że z całych sił troszczy się o jakość naszych podłóg i o komfort przebywających w ośrodku gości. Gdyby tylko zechciała od czasu do czasu zmienić wodę w wiadrze, w którym zanurzała co rusz ścierki. Może wtedy jej działania byłyby bardziej przekonujące.
Dźwięk dzwoniącego telefonu rozniósł się po opustoszałej recepcji, odwracając mój wzrok od niewielkiego monitora, na którym obserwowałem sprzątającą pokojową. Nasza aparatura była dość stara, często klienci mieli problem, żeby połączyć się z portiernią, bo były problemy na linii lub zwyczajnie po podniesieniu słuchawki wywalało wszystkie korki. W tym na sąsiedniej ulicy. Dyrektor się tym jednak nie przejmował. Twierdził, że jeśli któryś z gości rzeczywiście będzie potrzebował pomocy, to się po nią pofatyguje. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że najczęstszym utrapieniem odwiedzających były zatrzaskujące się drzwi do pokoi.
Zerknąłem na niewielki ekranik telefonu, na którym wyświetlał się numer apartamentu, z którego wykonano połączenie. Liczba mrugała na pomarańczowo, za chwilę na zielono, kilka razy zgasła, a aparat zaczął z siebie wydawać odgłosy zbliżone do dźwięku starej syreny milicyjnej. Nie czując specjalnej presji zajrzałem do dużego zeszytu, w którym rejestrowaliśmy wszystkich gości. Robiliśmy to też w przestarzałym komputerze, ale mnie nie było po drodze z jego obsługą; zawsze zostawiałem takie rzeczy Mateuszowi. Przerzuciłem kilka stron, znalazłem odpowiedni miesiąc i aktualny tydzień, szukając nazwiska klienta, którego umieściliśmy w pokoju numer dziewiętnaście. I bardzo nie spodobało mi się to, co zobaczyłem w rubryczce.
Mecenas Tuszyński był dość… specyficznym gościem. Gdyby nie data urodzenia widniejąca na dowodzie osobistym, można by przysiąc, iż był już grubo po pięćdziesiątce. Przerzedzone i dość szybko siwiejące włosy połączone z niebywałą tuszą, zwłaszcza mocno ulanym podbródkiem, mówiły o swym właścicielu bardzo dużo, ale z pewnością nie wskazywały, jakoby mężczyzna ledwo dobijał do czterdziestki. Odwiedzał nas średnio trzy razy do roku, najdłużej przesiadywał oczywiście przed Bożym Narodzeniem, uparcie wszystkim wmawiając, że jest w trakcie bardzo ważnego wyjazdu służbowego. Dziwnym trafem zawsze pojawiał się z rudą sekretarką, a tożsamość drugiej kobiety, którą również ze sobą zabierał, zmieniała się w trakcie każdej wizytacji. O ile mnie pamięć nie myli, jedna z nich, bodajże drobna blondynka, uciekała w popłochu w środku nocy, zaś szanowny pan adwokat próbował ją zatrzymać, wybiegając z windy jedynie w bordowym szlafroku. A ponoć prawnicy to tacy poważni i odpowiedzialni ludzie.
Przeszły mnie ciarki, gdy telefon na chwilę przestał dzwonić, by kilka sekund później znów zacząć wyć na całą portiernię, ewidentnie domagając się mojej uwagi. Wyjątkowo powoli i niechętnie podniosłem słuchawkę, błagając wszystkie znane mi bóstwa, by i tym razem nie wytrzymały bezpieczniki, pozbawiając prądu pół osiedla. Oczywiście, bo jakże by mogło być inaczej, nie stało się tak, a w uszach rozbrzmiał mi wyjątkowo rozbawiony głos szanownego pana mecenasa. W tym samym czasie w holu pojawiła się Żaneta, pchając przed siebie wózek ze środkami czystości.
– Halooo? – wyjęczał w słuchawkę adwokat. Śmiał się co chwilę i czkał, ale nie przeszkodziło mu to w ponownym zawołaniu. – Hal.. Halooo? Halo?
Westchnąłem głośno, przecierając przy tym zmęczone oczy, by następnie odezwać się do gościa, którego jedynym problemem o tej godzinie musiał być brak alkoholu. Innej opcji nie przewidywałem, a i tej w żadnym wypadku nie zamierzałem przyjąć do wiadomości.
– Hotel Pelargonia, recepcja, w czym mogę pomóc? – Podchwyciłem wzrok Żanety, która próbowała dostać się do pomieszczenia socjalnego. Przez moment wyglądała, jakby wahała się, czy wejść do środka, ale sekundę później zniknęła mi z pola widzenia.
– Jest taka… sprawa – wybełkotał dość mocno wcięty mecenas, odwracając moją uwagę od drzwi, które przed chwilą zamknęły się za koleżanką. – Pewna dziewczyna… piękna i młoda dziewczyna, gdzieś jest w tym hotelu. Może mi pan ją… znaleźć? Płacę. Dużo płacę.
Kolejny raz westchnąłem w słuchawkę, spoglądając na dość późną godzinę na zegarku. Że też ludzie mają czelność dopraszać się o takie rzecz w środku nocy.
– Bardzo mi przykro, ale nie udzielamy informacji o innych gościach naszego hotelu. – Czekałem na wybuch agresji, ewentualnie na jakiś rechot po drugiej stronie telefonu, ale zaległa w nim cisza. Może nie taka kompletna, bo mecenas dyszał ciężko w słuchawkę, ale przynajmniej nie próbował sklecić żadnego zdania. Odczekałem jeszcze chwilę nim spytałem, czy to wszystko, czego potrzebował, a po kilku kolejnych zapewnieniach, że jest mi w stanie oddać swoje trzy wypłaty za sprowadzenie rzeczonej dziewczyny do jego apartamentu, rozłączyłem się, wyciągając jednocześnie kabel od aparatury z gniazdka. Nawet nie zauważyłem, że obok mnie stała bynajmniej niezadowolona Żaneta.
– Coś z nim trzeba zrobić i ty mi w tym pomożesz. – Wskazała na mnie chudym palcem, zakasując następnie rękawy od szarej bluzki. Spojrzałem na nią niechętnie, zastanawiając się jednocześnie, o co może jej chodzić. Jej zdeterminowany wyraz twarzy nie wróżył bowiem niczego dobrego.
– Z Tuszyńskim? – spytałem, a Żaneta obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem.
– A co? – odparła nieco zjadliwie. – Znów uchlał się jak messerschmitt?
Przytaknąłem, na co uśmiechnęła się złośliwie pod nosem, zawiązując mocniej sznurówki od białych tenisówek. Przypomniało mi się nagle, że moja była żona nosiła podobne, gdy pracowała w szpitalu. Szkoda, że jej nigdy nie były tak czyste.
– No to Dorotka będzie miała cudną zmianę – wybąkała w podłogę. Ciekawiło mnie, co nasza młoda kelnerka może mieć wspólnego z pijanym prawnikiem, lecz wolałem nie pytać. Nie mam natury plotkarza i nie interesuje mnie życie innych ludzi. Niestety Żaneta nie podzielała moich poglądów w tej kwestii i bez wahania zaczęła mi streszczać, o czym mówi się w naszych hotelowych kuluarach. – Myślisz, że za co poleciała latem do Grecji? Napiwki w restauracji skromne, ale za drzwiami pokojowymi zawsze sypną nieco więcej do kieszeni. A Tuszyński to jej główny filar, zawsze wyciągnie od niego cztery wypłaty do przodu. Idziesz?
Bez namysłu podniosłem się z krzesła, podążając za nią do socjalnego. Jakoś tak już miałem, że podporządkowywałem się zdaniom kobiet. Często pozwala to uniknąć problemów, bo jak wiadomo, kobieta, nawet jeśli nie ma racji, to i tak ją ma. Tak więc bez sprzeciwu udałem się za nią do naszej szatni, gdzie na środku stał duży wózek kuchenny, na którym kelnerki rozwoziły posiłki, jeśli goście zażyczyli sobie zjeść w swoich pokojach. Co obsługa robiła poza restauracją, zwłaszcza Dorota, wolałem przemilczeć.
Żaneta poprawiła zmierzwione włosy i odsunęła długi obrus przykrywający wózek. Na podłogą znajdowała się dość spora półka, na której umieszczano brudne naczynia. Tak mi się przynajmniej wydawało, gdyż znajdowały się na niej metalowe tace, na których roznoszono jedzenie. Koleżanka szybko się ich pozbyła, spoglądając na mnie nieco zbyt entuzjastycznie, co w ogóle mi się nie podobało.
– Załadujemy go do środka, przykryjemy obrusem i zamkniemy w socjalnym na samej górze. Tam i tak nikt nie zagląda. – Podeszła do szafki, w której spoczywał biedny Mateusz i otworzyła ją, a biedny chłopak wytoczył się na podłogę, niczym worek ziemniaków, uderzając i tak pokiereszowaną głową o metalowy wózek. Żaneta odskoczyła w tył, patrząc się na mnie szeroko rozwartymi oczami. Jej twarz niesamowicie pobladła.
– Co? – spytałem bezmyślnie, wzruszając przy tym ramionami.
– Myślałam, że go złapiesz – wydukała między przyciśniętymi do ust dłońmi, pochylając się nad ciałem. Chciała sprawdzić, czy nie uszkodziła przypadkiem mocniej Mateusza, ale ilekroć próbowała go dotknąć, za każdym razem cofała rękę, wypuszczając głośno powietrze z płuc. Patrzyłem się na to trochę zniesmaczony, a trochę znudzony.
– Dawaj rękawiczki – rozkazała, wskazując na drugi wózek stojący w kącie, na którym znajdowały się przeróżne środki czystości. Podszedłem do niego, wygrzebując z niewielkiego kartonu parę białych lateksów i wręczyłem je Żanecie, która naciągnęła je z głośnym plaśnięciem. – Na co czekasz? Ty też zakładaj. Nie zostawię na nim swoich odcisków.
Niechętnie uczyniłem, co mi kazała. Gdzieś podświadomie bowiem czułem, że nie wyjdzie z tego zamieszania nic dobrego. Tym bardziej, że pokojowa zdawała się mieć wszystko zaplanowane. Gdy się do niej zbliżyłem, poczułem mocny zapach środka odkażającego.
– Ja łapię nogi, a ty barki. – Ustawiłem się naprzeciw koleżanki, chwytając Mateusza pod pachami. Ona uczyniła podobnie z kostkami. – Na trzy. Raz, dwa, trz…
– Co wy robicie? – Puściliśmy chłopaka z powrotem na podłogę, gdy do pomieszczenia wszedł Luigi. W jednej ręce trzymał ociekającego tłuszczem pączka, a w drugiej całą tacę wspomnianych łakoci.
– Przestań się obżerać i pomóż nam – warknęła do kucharza, który wepchnął resztkę wypieku do ust, a blachę odstawił na jedną z szafek i pokracznym biegiem zaczął się do nas zbliżać. Zaskoczyła mnie odrobinę jego reakcja, ale zaraz potem przypomniałem sobie, że Luigi nie należy do najbystrzejszych osób. Nie sądziłem jednak, że jego głupota zdążyła już zająć resztę szarych komórek, które od czasu do czasu próbowały jeszcze przemówić mu do rozsądku. Jak się okazało, kompletnie na próżno.
Luigi zajął moje miejsce i sprawnie wrzucił Mateusza pod wózek, a Żaneta zajęła się upychaniem nieposłusznych kończyn chłopaka, tak by przypadkiem nie wyleciały na podłogę w trakcie przewożenia ciała. Zdążyłem jeszcze przyjrzeć się dłoniom nieboszczyka. Zdecydowanie ich właściciel stosował się do zaleceń dziwnego poradnika, przez który próbowałem przebrnąć.
– Szefu się nie wścieknie? – wysapał kucharz, starając się przełknąć pozostałości pączka. Po jego gęstej brodzie spływała wiśniowa konfitura, a raczej coś, co zapewne miało ją przypominać. Nie stać nas było na takie rarytasy gastronomiczne.
– Jeśli się dowie, to się wścieknie – fuknęła niezadowolona salowa, kolejny raz poprawiając zmierzwione włosy. Ustawiła się przy wózku, a mnie kazała zająć miejsce po drugiej stronie. Oczywiście, że to ja miałem go pchać.
Powoli, acz wyjątkowo sprawnie wydostaliśmy się z pomieszczenia socjalnego, kierując się ku windzie, która nagle zaczęła nam się wydawać strasznie daleko. Luigi miał nas asekurować. Szłoby mu zapewne o wiele lepiej, gdyby nie upchane po kieszeniach fartucha pączki i umorusane tłuszczem grube palce.
– Ale akcja – mamrotał do siebie co jakiś czas, a jego świńskie oczka błyszczały z niezdrowego podniecenia w lichym świetle hotelowych kinkietów. – Normalnie… ale akcja!
– Ruszże się, ty ciemna maso – warknęła Żaneta, gdy zbliżaliśmy się do windy. Kucharz pokiwał kilka razy głową i pokulał się ku metalowym drzwiom. Jego tłuste palce ślizgały się po guziku, który uparcie nie chciał się dać wcisnąć.
– Nie działa – powiedział po chwili, a pokojowa zacisnęła z wściekłości usta.
– Mózg ci nie działa. – Nie siląc się na uprzejmości, które w przypadku Luigiego i tak były niepotrzebne, przecisnęła się obok niego i przywołała windę. Chwilę później metalowe drzwi rozsunęły się przy akompaniamencie dzwonka, a my ostrożnie próbowaliśmy wjechać do środka kuchennym wózkiem. Niestety Mateusz zdążył nam się nieco posypać, w skutek czego przytrzasnęliśmy mu lewą rękę.
– Cholera – zaklęła Żaneta, odblokowując drzwi i wyciągając spomiędzy nich sztywną dłoń. Szybko poprawiła ciało, choć miała z tym niemałe problemy. Ja natomiast stałem cały czas przy wózku, ściskając z całych sił drążek służący do popychania. Uświadomiłem sobie, że wyglądam, jakbym bał się, że ktoś nagle będzie chciał mnie odepchnąć od zajmowanego stanowiska. Kobieta musiała to zauważyć, gdyż spojrzała na mnie trochę rozbawiona.
– Właściwie po co to robimy? – zapytałem, obserwując nietęgi wyraz twarzy koleżanki. Przypomniało mi się, jak jeszcze kilka godzin temu tańczyła po korytarzach z mokrym mopem.
– Bo niedobrze mi się robi, jak pomyślę, że nieboszczyk pilnuje mi domestosa – odparła, a winda momentalnie zatrzymała się na pierwszym piętrze.
Ręce, czoło, a nawet plecy zdążyły mi się spocić w ciągu zaledwie kilku sekund. Żaneta natomiast była ledwie spięta. Nic nie wskazywało, jakoby denerwowała się nieproszonym gościem, którym okazał się klient spod dziewiątki. Zerknął na nas zza okularów, zastanawiając się przez chwilę, czy powinien wejść do środka. Ostatecznie ulokował się blisko mnie, siląc się na kurtuazyjny uśmiech. Nie potrafiłem mu się tak samo odwdzięczyć.
– Widzę, że mają państwo sporo pracy przed świętami – zagadnął, wyciągając z kieszeni kurtki paczkę papierosów. – Płacą chociaż dobrze za nocki?
– Raczej marne grosze – odpowiedziała Żaneta, wpatrując się w plecy mężczyzny z wyjątkową złością. Mnie też w sumie nie przeszło przez myśl, że któryś z gości będzie się wałęsał nocą po hotelu. Tak samo, jak nie miałem pojęcia, że przyjdzie mi przewozić martwego Mateusza skrytego na kuchennym wózku za długim obrusem.
Jegomość zerknął zza ramienia na moją koleżankę, chowając fajki z powrotem do kieszeni.
– U was pracował taki młody chłopak, prawda? – spytał, a ja robiłem co mogłem, by nie wzbudzić w kliencie niepotrzebnych podejrzeń. Żaneta natomiast była istną oazą spokoju; wzruszyła skrzyżowanymi na piersiach rękami, opierając się o ściankę windy.
– Kiedyś pracował – odrzekła, a dźwięk dzwonka oznajmił przybycie na drugie piętro.
– Zwolnił się?
– Nie wiem – rzuciła, dając mężczyźnie do zrozumienia, że wyżej już winda nie pojedzie. – Nie zabawił tu zbyt długo. Na dach po schodach na końcu korytarza. Proszę jedynie nie wyrzucać filtrów na chodnik, bo sąsiedzi się denerwują.
Chwilę poczekaliśmy, aż klient zniknie nam z pola widzenia, a dopiero później staraliśmy się wyjechać wózkiem, który, jak na złość, zaczął robić sporo hałasu. Kółeczka skrzypiały, a blacha dziwnie odskakiwała od czasu do czasu. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, iż niedaleko nas znajdował się apartament pijanego mecenasa. Przejeżdżając obok nich usłyszeliśmy dziwne dźwięki. Tym bardziej zapragnęliśmy jak najszybciej pozbyć się biednego Mateusza.
– Klucze? – spytałem, mając nadzieję, że Żaneta o nich nie zapomniała. Nie korzystaliśmy zbyt często z drugiego pokoju socjalnego, praktycznie w ogóle. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego dyrektor nie przerobił go na kolejny pokój. Widocznie miał w tym jakiś powód, ale wolałem w niego nie wnikać.
Kobieta wyciągnęła niewielki kluczyk, którym otworzyła stare drzwi, a te zaskrzypiały jeszcze głośniej, niż kółka od kuchennego wózka. Powoli wjechaliśmy do środka, a ja od razu poczułem kłęby kurzu unoszące się w powietrzu. Kichnąłem kilka razy, podobnie Żaneta, szukając po omacku włącznika światła. Gdy go w końcu znalazła, pomieszczenie rozjaśniło światło ze starej żarówki, choć przez połać zgromadzonego w środku brudu i tak nie dało się zbyt wiele zobaczyć.
– Kładziemy go tam i spadamy – rozkazała, na co przytaknąłem jej głową, podjeżdżając czym prędzej pod obrośniętą grzybem ścianę. Tam wypakowaliśmy, a raczej zsunęliśmy ciało Mateusza i szybko wybiegliśmy z pokoju, gdyż żarówka zaczęła niebezpiecznie łypać i trzeszczeć, a to nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Choć ją wyłączyliśmy, w trakcie zamykania drzwi dało się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła. I tyle zostało z prowizorycznego żyrandola.
Zerknąłem na koleżankę, która dopiero teraz zaczęła się czymś niepokoić. Nie była już tak zdeterminowana, jak na początku. Pionowa zmarszczka ciągnąca się między brwiami zdradzała jej podenerwowanie, a i mnie zaczęło się ono udzielać. Coś mi bowiem podpowiadało, że Żaneta nie wywiozła Mateusza bez przyczyny. I wcale nie chodziło o to, kto będzie pilnował jej środków do udrażniania rur.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz