—
Bo dobra pokojowa nie zamiata jedynie podłóg. —
Co przeczytałem, nie mam
bladego pojęcia. Chyba coś o dłoniach, że należy je dokładniej czyścić.
Bardziej od książki interesowała mnie bowiem krzątająca się po korytarzach
hotelu Żaneta. Było po drugiej w nocy, a ona wciąż wałęsała się po piętrze z
mopem, czasem wymieniając go na szczotkę, tym samym udając, że z całych sił
troszczy się o jakość naszych podłóg i o komfort przebywających w ośrodku
gości. Gdyby tylko zechciała od czasu do czasu zmienić wodę w wiadrze, w którym
zanurzała co rusz ścierki. Może wtedy jej działania byłyby bardziej
przekonujące.
Dźwięk dzwoniącego telefonu rozniósł
się po opustoszałej recepcji, odwracając mój wzrok od niewielkiego monitora, na
którym obserwowałem sprzątającą pokojową. Nasza aparatura była dość stara,
często klienci mieli problem, żeby połączyć się z portiernią, bo były problemy
na linii lub zwyczajnie po podniesieniu słuchawki wywalało wszystkie korki. W
tym na sąsiedniej ulicy. Dyrektor się tym jednak nie przejmował. Twierdził, że
jeśli któryś z gości rzeczywiście będzie potrzebował pomocy, to się po nią
pofatyguje. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że najczęstszym
utrapieniem odwiedzających były zatrzaskujące się drzwi do pokoi.
Zerknąłem na niewielki ekranik telefonu,
na którym wyświetlał się numer apartamentu, z którego wykonano połączenie. Liczba
mrugała na pomarańczowo, za chwilę na zielono, kilka razy zgasła, a aparat zaczął
z siebie wydawać odgłosy zbliżone do dźwięku starej syreny milicyjnej. Nie
czując specjalnej presji zajrzałem do dużego zeszytu, w którym rejestrowaliśmy wszystkich
gości. Robiliśmy to też w przestarzałym komputerze, ale mnie nie było po drodze
z jego obsługą; zawsze zostawiałem takie rzeczy Mateuszowi. Przerzuciłem kilka
stron, znalazłem odpowiedni miesiąc i aktualny tydzień, szukając nazwiska
klienta, którego umieściliśmy w pokoju numer dziewiętnaście. I bardzo nie
spodobało mi się to, co zobaczyłem w rubryczce.
Mecenas Tuszyński był dość… specyficznym
gościem. Gdyby nie data urodzenia widniejąca na dowodzie osobistym, można by
przysiąc, iż był już grubo po pięćdziesiątce. Przerzedzone i dość szybko
siwiejące włosy połączone z niebywałą tuszą, zwłaszcza mocno ulanym
podbródkiem, mówiły o swym właścicielu bardzo dużo, ale z pewnością nie
wskazywały, jakoby mężczyzna ledwo dobijał do czterdziestki. Odwiedzał nas
średnio trzy razy do roku, najdłużej przesiadywał oczywiście przed Bożym
Narodzeniem, uparcie wszystkim wmawiając, że jest w trakcie bardzo ważnego
wyjazdu służbowego. Dziwnym trafem zawsze pojawiał się z rudą sekretarką, a
tożsamość drugiej kobiety, którą również ze sobą zabierał, zmieniała się w
trakcie każdej wizytacji. O ile mnie pamięć nie myli, jedna z nich, bodajże
drobna blondynka, uciekała w popłochu w środku nocy, zaś szanowny pan adwokat
próbował ją zatrzymać, wybiegając z windy jedynie w bordowym szlafroku. A ponoć
prawnicy to tacy poważni i odpowiedzialni ludzie.
Przeszły mnie ciarki, gdy
telefon na chwilę przestał dzwonić, by kilka sekund później znów zacząć wyć na
całą portiernię, ewidentnie domagając się mojej uwagi. Wyjątkowo powoli i
niechętnie podniosłem słuchawkę, błagając wszystkie znane mi bóstwa, by i tym
razem nie wytrzymały bezpieczniki, pozbawiając prądu pół osiedla. Oczywiście,
bo jakże by mogło być inaczej, nie stało się tak, a w uszach rozbrzmiał mi wyjątkowo
rozbawiony głos szanownego pana mecenasa. W tym samym czasie w holu pojawiła
się Żaneta, pchając przed siebie wózek ze środkami czystości.
– Halooo? – wyjęczał w
słuchawkę adwokat. Śmiał się co chwilę i czkał, ale nie przeszkodziło mu to w
ponownym zawołaniu. – Hal.. Halooo? Halo?
Westchnąłem głośno,
przecierając przy tym zmęczone oczy, by następnie odezwać się do gościa,
którego jedynym problemem o tej godzinie musiał być brak alkoholu. Innej opcji
nie przewidywałem, a i tej w żadnym wypadku nie zamierzałem przyjąć do
wiadomości.
– Hotel Pelargonia, recepcja, w
czym mogę pomóc? – Podchwyciłem wzrok Żanety, która próbowała dostać się do pomieszczenia
socjalnego. Przez moment wyglądała, jakby wahała się, czy wejść do środka, ale
sekundę później zniknęła mi z pola widzenia.
– Jest taka… sprawa – wybełkotał
dość mocno wcięty mecenas, odwracając moją uwagę od drzwi, które przed chwilą zamknęły
się za koleżanką. – Pewna dziewczyna… piękna i młoda dziewczyna, gdzieś jest w
tym hotelu. Może mi pan ją… znaleźć? Płacę. Dużo płacę.
Kolejny raz westchnąłem w
słuchawkę, spoglądając na dość późną godzinę na zegarku. Że też ludzie mają
czelność dopraszać się o takie rzecz w środku nocy.
– Bardzo mi przykro, ale nie
udzielamy informacji o innych gościach naszego hotelu. – Czekałem na wybuch
agresji, ewentualnie na jakiś rechot po drugiej stronie telefonu, ale zaległa w
nim cisza. Może nie taka kompletna, bo mecenas dyszał ciężko w słuchawkę, ale
przynajmniej nie próbował sklecić żadnego zdania. Odczekałem jeszcze chwilę nim
spytałem, czy to wszystko, czego potrzebował, a po kilku kolejnych zapewnieniach,
że jest mi w stanie oddać swoje trzy wypłaty za sprowadzenie rzeczonej
dziewczyny do jego apartamentu, rozłączyłem się, wyciągając jednocześnie kabel
od aparatury z gniazdka. Nawet nie zauważyłem, że obok mnie stała bynajmniej
niezadowolona Żaneta.
– Coś z nim trzeba zrobić i ty
mi w tym pomożesz. – Wskazała na mnie chudym palcem, zakasując następnie rękawy
od szarej bluzki. Spojrzałem na nią niechętnie, zastanawiając się jednocześnie,
o co może jej chodzić. Jej zdeterminowany wyraz twarzy nie wróżył bowiem
niczego dobrego.
– Z Tuszyńskim? – spytałem, a
Żaneta obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem.
– A co? – odparła nieco
zjadliwie. – Znów uchlał się jak messerschmitt?
Przytaknąłem, na co uśmiechnęła
się złośliwie pod nosem, zawiązując mocniej sznurówki od białych tenisówek.
Przypomniało mi się nagle, że moja była żona nosiła podobne, gdy pracowała w
szpitalu. Szkoda, że jej nigdy nie były tak czyste.
– No to Dorotka będzie miała
cudną zmianę – wybąkała w podłogę. Ciekawiło mnie, co nasza młoda kelnerka może
mieć wspólnego z pijanym prawnikiem, lecz wolałem nie pytać. Nie mam natury
plotkarza i nie interesuje mnie życie innych ludzi. Niestety Żaneta nie
podzielała moich poglądów w tej kwestii i bez wahania zaczęła mi streszczać, o
czym mówi się w naszych hotelowych kuluarach. – Myślisz, że za co poleciała
latem do Grecji? Napiwki w restauracji skromne, ale za drzwiami pokojowymi
zawsze sypną nieco więcej do kieszeni. A Tuszyński to jej główny filar, zawsze
wyciągnie od niego cztery wypłaty do przodu. Idziesz?
Bez namysłu podniosłem się z
krzesła, podążając za nią do socjalnego. Jakoś tak już miałem, że podporządkowywałem
się zdaniom kobiet. Często pozwala to uniknąć problemów, bo jak wiadomo,
kobieta, nawet jeśli nie ma racji, to i tak ją ma. Tak więc bez sprzeciwu
udałem się za nią do naszej szatni, gdzie na środku stał duży wózek kuchenny,
na którym kelnerki rozwoziły posiłki, jeśli goście zażyczyli sobie zjeść w swoich
pokojach. Co obsługa robiła poza restauracją, zwłaszcza Dorota, wolałem
przemilczeć.
Żaneta poprawiła zmierzwione
włosy i odsunęła długi obrus przykrywający wózek. Na podłogą znajdowała się
dość spora półka, na której umieszczano brudne naczynia. Tak mi się
przynajmniej wydawało, gdyż znajdowały się na niej metalowe tace, na których
roznoszono jedzenie. Koleżanka szybko się ich pozbyła, spoglądając na mnie
nieco zbyt entuzjastycznie, co w ogóle mi się nie podobało.
– Załadujemy go do środka,
przykryjemy obrusem i zamkniemy w socjalnym na samej górze. Tam i tak nikt nie
zagląda. – Podeszła do szafki, w której spoczywał biedny Mateusz i otworzyła
ją, a biedny chłopak wytoczył się na podłogę, niczym worek ziemniaków,
uderzając i tak pokiereszowaną głową o metalowy wózek. Żaneta odskoczyła w tył,
patrząc się na mnie szeroko rozwartymi oczami. Jej twarz niesamowicie pobladła.
– Co? – spytałem bezmyślnie,
wzruszając przy tym ramionami.
– Myślałam, że go złapiesz –
wydukała między przyciśniętymi do ust dłońmi, pochylając się nad ciałem.
Chciała sprawdzić, czy nie uszkodziła przypadkiem mocniej Mateusza, ale ilekroć
próbowała go dotknąć, za każdym razem cofała rękę, wypuszczając głośno
powietrze z płuc. Patrzyłem się na to trochę zniesmaczony, a trochę znudzony.
– Dawaj rękawiczki – rozkazała,
wskazując na drugi wózek stojący w kącie, na którym znajdowały się przeróżne
środki czystości. Podszedłem do niego, wygrzebując z niewielkiego kartonu parę
białych lateksów i wręczyłem je Żanecie, która naciągnęła je z głośnym
plaśnięciem. – Na co czekasz? Ty też zakładaj. Nie zostawię na nim swoich
odcisków.
Niechętnie uczyniłem, co mi
kazała. Gdzieś podświadomie bowiem czułem, że nie wyjdzie z tego zamieszania
nic dobrego. Tym bardziej, że pokojowa zdawała się mieć wszystko zaplanowane.
Gdy się do niej zbliżyłem, poczułem mocny zapach środka odkażającego.
– Ja łapię nogi, a ty barki. –
Ustawiłem się naprzeciw koleżanki, chwytając Mateusza pod pachami. Ona uczyniła
podobnie z kostkami. – Na trzy. Raz, dwa, trz…
– Co wy robicie? – Puściliśmy
chłopaka z powrotem na podłogę, gdy do pomieszczenia wszedł Luigi. W jednej
ręce trzymał ociekającego tłuszczem pączka, a w drugiej całą tacę wspomnianych
łakoci.
– Przestań się obżerać i pomóż
nam – warknęła do kucharza, który wepchnął resztkę wypieku do ust, a blachę
odstawił na jedną z szafek i pokracznym biegiem zaczął się do nas zbliżać.
Zaskoczyła mnie odrobinę jego reakcja, ale zaraz potem przypomniałem sobie, że
Luigi nie należy do najbystrzejszych osób. Nie sądziłem jednak, że jego głupota
zdążyła już zająć resztę szarych komórek, które od czasu do czasu próbowały
jeszcze przemówić mu do rozsądku. Jak się okazało, kompletnie na próżno.
Luigi zajął moje miejsce i
sprawnie wrzucił Mateusza pod wózek, a Żaneta zajęła się upychaniem
nieposłusznych kończyn chłopaka, tak by przypadkiem nie wyleciały na podłogę w
trakcie przewożenia ciała. Zdążyłem jeszcze przyjrzeć się dłoniom nieboszczyka.
Zdecydowanie ich właściciel stosował się do zaleceń dziwnego poradnika, przez
który próbowałem przebrnąć.
– Szefu się nie wścieknie? –
wysapał kucharz, starając się przełknąć pozostałości pączka. Po jego gęstej
brodzie spływała wiśniowa konfitura, a raczej coś, co zapewne miało ją
przypominać. Nie stać nas było na takie rarytasy gastronomiczne.
– Jeśli się dowie, to się
wścieknie – fuknęła niezadowolona salowa, kolejny raz poprawiając zmierzwione
włosy. Ustawiła się przy wózku, a mnie kazała zająć miejsce po drugiej stronie.
Oczywiście, że to ja miałem go pchać.
Powoli, acz wyjątkowo sprawnie
wydostaliśmy się z pomieszczenia socjalnego, kierując się ku windzie, która
nagle zaczęła nam się wydawać strasznie daleko. Luigi miał nas asekurować.
Szłoby mu zapewne o wiele lepiej, gdyby nie upchane po kieszeniach fartucha
pączki i umorusane tłuszczem grube palce.
– Ale akcja – mamrotał do
siebie co jakiś czas, a jego świńskie oczka błyszczały z niezdrowego
podniecenia w lichym świetle hotelowych kinkietów. – Normalnie… ale akcja!
– Ruszże się, ty ciemna maso –
warknęła Żaneta, gdy zbliżaliśmy się do windy. Kucharz pokiwał kilka razy głową
i pokulał się ku metalowym drzwiom. Jego tłuste palce ślizgały się po guziku,
który uparcie nie chciał się dać wcisnąć.
– Nie działa – powiedział po
chwili, a pokojowa zacisnęła z wściekłości usta.
– Mózg ci nie działa. – Nie
siląc się na uprzejmości, które w przypadku Luigiego i tak były niepotrzebne,
przecisnęła się obok niego i przywołała windę. Chwilę później metalowe drzwi
rozsunęły się przy akompaniamencie dzwonka, a my ostrożnie próbowaliśmy wjechać
do środka kuchennym wózkiem. Niestety Mateusz zdążył nam się nieco posypać, w
skutek czego przytrzasnęliśmy mu lewą rękę.
– Cholera – zaklęła Żaneta,
odblokowując drzwi i wyciągając spomiędzy nich sztywną dłoń. Szybko poprawiła
ciało, choć miała z tym niemałe problemy. Ja natomiast stałem cały czas przy
wózku, ściskając z całych sił drążek służący do popychania. Uświadomiłem sobie,
że wyglądam, jakbym bał się, że ktoś nagle będzie chciał mnie odepchnąć od zajmowanego
stanowiska. Kobieta musiała to zauważyć, gdyż spojrzała na mnie trochę
rozbawiona.
– Właściwie po co to robimy? –
zapytałem, obserwując nietęgi wyraz twarzy koleżanki. Przypomniało mi się, jak
jeszcze kilka godzin temu tańczyła po korytarzach z mokrym mopem.
– Bo niedobrze mi się robi, jak
pomyślę, że nieboszczyk pilnuje mi domestosa – odparła, a winda momentalnie
zatrzymała się na pierwszym piętrze.
Ręce, czoło, a nawet plecy
zdążyły mi się spocić w ciągu zaledwie kilku sekund. Żaneta natomiast była
ledwie spięta. Nic nie wskazywało, jakoby denerwowała się nieproszonym gościem,
którym okazał się klient spod dziewiątki. Zerknął na nas zza okularów,
zastanawiając się przez chwilę, czy powinien wejść do środka. Ostatecznie
ulokował się blisko mnie, siląc się na kurtuazyjny uśmiech. Nie potrafiłem mu
się tak samo odwdzięczyć.
– Widzę, że mają państwo sporo
pracy przed świętami – zagadnął, wyciągając z kieszeni kurtki paczkę
papierosów. – Płacą chociaż dobrze za nocki?
– Raczej marne grosze –
odpowiedziała Żaneta, wpatrując się w plecy mężczyzny z wyjątkową złością. Mnie
też w sumie nie przeszło przez myśl, że któryś z gości będzie się wałęsał nocą
po hotelu. Tak samo, jak nie miałem pojęcia, że przyjdzie mi przewozić martwego
Mateusza skrytego na kuchennym wózku za długim obrusem.
Jegomość zerknął zza ramienia
na moją koleżankę, chowając fajki z powrotem do kieszeni.
– U was pracował taki młody
chłopak, prawda? – spytał, a ja robiłem co mogłem, by nie wzbudzić w kliencie niepotrzebnych
podejrzeń. Żaneta natomiast była istną oazą spokoju; wzruszyła skrzyżowanymi na
piersiach rękami, opierając się o ściankę windy.
– Kiedyś pracował – odrzekła, a
dźwięk dzwonka oznajmił przybycie na drugie piętro.
– Zwolnił się?
– Nie wiem – rzuciła, dając
mężczyźnie do zrozumienia, że wyżej już winda nie pojedzie. – Nie zabawił tu
zbyt długo. Na dach po schodach na końcu korytarza. Proszę jedynie nie wyrzucać
filtrów na chodnik, bo sąsiedzi się denerwują.
Chwilę poczekaliśmy, aż klient
zniknie nam z pola widzenia, a dopiero później staraliśmy się wyjechać wózkiem,
który, jak na złość, zaczął robić sporo hałasu. Kółeczka skrzypiały, a blacha
dziwnie odskakiwała od czasu do czasu. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, iż
niedaleko nas znajdował się apartament pijanego mecenasa. Przejeżdżając obok
nich usłyszeliśmy dziwne dźwięki. Tym bardziej zapragnęliśmy jak najszybciej
pozbyć się biednego Mateusza.
– Klucze? – spytałem, mając
nadzieję, że Żaneta o nich nie zapomniała. Nie korzystaliśmy zbyt często z
drugiego pokoju socjalnego, praktycznie w ogóle. Wielokrotnie zastanawiałem
się, dlaczego dyrektor nie przerobił go na kolejny pokój. Widocznie miał w tym
jakiś powód, ale wolałem w niego nie wnikać.
Kobieta wyciągnęła niewielki
kluczyk, którym otworzyła stare drzwi, a te zaskrzypiały jeszcze głośniej, niż
kółka od kuchennego wózka. Powoli wjechaliśmy do środka, a ja od razu poczułem
kłęby kurzu unoszące się w powietrzu. Kichnąłem kilka razy, podobnie Żaneta,
szukając po omacku włącznika światła. Gdy go w końcu znalazła, pomieszczenie rozjaśniło
światło ze starej żarówki, choć przez połać zgromadzonego w środku brudu i tak
nie dało się zbyt wiele zobaczyć.
– Kładziemy go tam i spadamy –
rozkazała, na co przytaknąłem jej głową, podjeżdżając czym prędzej pod obrośniętą
grzybem ścianę. Tam wypakowaliśmy, a raczej zsunęliśmy ciało Mateusza i szybko
wybiegliśmy z pokoju, gdyż żarówka zaczęła niebezpiecznie łypać i trzeszczeć, a
to nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Choć ją wyłączyliśmy, w trakcie
zamykania drzwi dało się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła. I tyle zostało z
prowizorycznego żyrandola.
Zerknąłem na koleżankę, która
dopiero teraz zaczęła się czymś niepokoić. Nie była już tak zdeterminowana, jak
na początku. Pionowa zmarszczka ciągnąca się między brwiami zdradzała jej
podenerwowanie, a i mnie zaczęło się ono udzielać. Coś mi bowiem podpowiadało,
że Żaneta nie wywiozła Mateusza bez przyczyny. I wcale nie chodziło o to, kto
będzie pilnował jej środków do udrażniania rur.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz