Był młody, inteligentny i przystojny. Szalały za nim nie tylko pracownice, ale i goście hotelu, z reguły kobiety, które potrafiły zaglądać na portiernię nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, by go o coś zapytać. Może to za sprawą aparycji, a może po prostu potrafił się dobrze zaprezentować, zaskarbiając sobie uwagę nowoprzybyłych petentów. Dodatkowo było mu bardzo do twarzy w czerni. Szkopuł w tym, że jednak mało kto dobrze wygląda w worku na zwłoki.
Wrzesień 1997
Pierwszy raz spotkałem go zupełnie przypadkiem. Zawsze starałem się wychodzić przed szóstą, nim reszta pracowników zdążyła pojawić się w hotelu. Nie lubiłem z nimi rozmawiać, zresztą nie mieliśmy nawet wspólnych tematów, gdy już gdzieś na siebie wpadliśmy, na przykład w pobliskim sklepie, w którym zaopatrywałem się w podstawowe produkty. Suche przywitania, nerwowe uśmiechy i wypowiedziane z grzeczności „do zobaczenia później” były na porządku dziennym. A mnie wyjątkowo męczyły. Dlatego unikałem ludzi z pracy i robiłem co mogłem, by jak najmniej z nimi obcować. Jednak pewnego dnia wszystko potoczyło się inaczej, niż sobie zaplanowałem.
Było po piątej, a na dworze mieliśmy pogodę all inclusive – było zimno, wiało i padało. Wizja powrotu do domu w strugach deszczu nie napawała mnie optymizmem, a dodatkowo mój humor znacznie się pogorszył, gdy zobaczyłem zmierzającą ku portierni starszą kobietę taszczącą za sobą sporych rozmiarów walizkę. Spoglądałem na nią ukradkiem zza okularów, mając nadzieję, że uniesiony na wysokość twarzy nowy numer tygodnika sportowego zasłania mnie na tyle, że klientka nie będzie w stanie mnie dostrzec. Oczywiście było to głupie myślenie i chwilę później musiałem ją wylegitymować, zarejestrować w systemie hotelowym przybycie nowego gościa, a także wydać jej klucze od pokoju. I z reguły na tym kończył się mój kontakt z petentami, ale tamta kobieta była inna, a mówiąc inna, miałem na myśli okropnie namolna.
– Byłam u państwa w zeszłym roku z mężem – odezwała się lekko zachrypniętym i skrzeczącym głosem, który wywołał u mnie natychmiastowy ból głowy. – Niewiele się u was zmieniło. Śniadania dalej są o ósmej rano?
Zerknąłem na nią zza ekranu komputera, wysilając się na niezgrabny uśmiech. Tak naprawdę nie wiedziałem w jakich godzinach serwujemy posiłki, a tym bardziej jakie zestawy oferujemy. Mimo że pracuję tu przeszło dwanaście lat, nigdy nie spotkałem hotelowego kucharza. Może dlatego, że ludzie na tym stanowisku ciągle się zmieniają, a może dlatego, że nie jadam niczego, czego sam sobie nie przygotuję. Taka zdziwaczałość na stare lata mnie dopadła.
Kobieta patrzyła na mnie z lekkim zniecierpliwieniem, choć próbowała zamaskować je pogodnym uśmiechem rozciągającym się na pomarszczonej twarzy. Uznałem więc, że wystarczy jej przytaknąć, co zresztą chwilę potem zrobiłem, jednak dla niej było to zdecydowanie za mało.
– O tej porze roku chyba niewielu macie gości, co? – spytała, od razu przenosząc wzrok na drewnianą szafę z wypustkami, w których znajdowały się klucze do pokoi; rzeczywiście większość apartamentów była wolna, choć wątpiłem, by była to sprawka okresu, w jakim przybyła klientka. Mówiąc dość oględnie dyrektor hotelu to narcystyczny pajac, który jedyne, co potrafi, to zwiększać cenę za pobyt w ośrodku. Ale smykałki do interesów nie można mu odmówić.
– Jeszcze pogoda – dodała, wyglądając z westchnieniem za szklane, obrotowe drzwi – taka paskudna jest teraz. Od rana ciągle leje, a ja mam jutro ważne sprawy do załatwienia na mieście.
Wyglądała, jakby oczekiwała, że zapytam ją, o jakie rzeczy chodzi. Problem w tym, że wcale mnie to nie interesowało, a jedyne, nad czym się zastanawiałem, to co powinienem zrobić, by jak najszybciej odprawić ją do pokoju. Nie jestem zbyt dobry w kontaktach międzyludzkich, czego zresztą ciężko nie zauważyć, a tego typu sytuacje bardzo mnie frustrują. Dlatego też kolejny raz postanowiłem jej przytaknąć, skrycie licząc, że mój brak zaangażowania w rozmowę da jej do myślenia i w końcu sobie pójdzie. Niestety powyższa taktyka zawiodła kolejny raz, a na domiar złego do hotelu wszedł kolejny gość, a przynajmniej tak mi się na początku wydawało.
– Nie orientuje się pan może, czy jest tu gdzieś w pobliżu jakaś dobra kawiarnia? – zapytała, opierając się na drewnianym kontuarze, co dla niej może było czymś normalnym, ale w mojej głowie wyglądało to, jak atak na moją przestrzeń osobistą. Czułem się coraz gorzej, byłem osaczony, a dodatkowo nie miałem jak i gdzie uciec. Ręce zaczęły mi się pocić, język stanął kołkiem, zaś w płucach brakowało powietrza; przerażenie widoczne w mych starych oczach przyobleczonych grubymi oprawkami odbijało się w szkłach okularów stojącej naprzeciwko mnie kobiety.
Do lady podszedł bardzo młody mężczyzna, ten sam, który wszedł przez obrotowe drzwi zaledwie kilka minut temu. Był to wręcz chłopaczek, wnioskując po gładkiej twarzy, lśniących włosach i promiennym uśmiechu. Złożył duży parasol, potrząsając nim kilka razy i przedostał się za kontuar, z niesamowitą dumą demonstrując logo naszego hotelu widoczne na emblemacie przyczepionym do marynarki.
– Jak wyjdzie pani na główną ulicę, to wystarczy skręcić w pierwszą uliczkę w lewo. Na końcu znajduje się przytulna restauracyjka, w której można dobrze zjeść, a wieczorem odprężyć się przy lampce wina – zwrócił się do starszej kobiety, której twarz aż pojaśniała z entuzjazmu. – Jednak powiem pani szczerze, że z naszą kuchnią mało która może się równać. Szczególnie polecam śniadania w stylu śródziemnomorskim. Rozumiem, że doliczyć do pani rachunku, prawda?
Reszta rozmowy między tą dwójką potoczyła się bardzo płynnie. Były uśmiechy, lekkie żarty, a na koniec chłopak odprowadził klientkę do windy, oczywiście pomagając jej z ciężkim bagażem. Mimo że konwersowali może ze trzy minuty, zdążył wypytać ją niemal o wszystko, a ona odpowiadała mu cała w skowronkach, gładząc się co chwilę po nieco pomarszczonych, acz bardzo zadbanych dłoniach. Ja zapamiętałem tylko tyle, że miała na imię Waleria.
W trakcie gdy ja pakowałem swe rzeczy do niewielkiej torby, chłopak wrócił za kontuar, rozsiadając się w obrotowym fotelu i bezpardonowo wyłożył nogi na drewniany blat. Może to ze względu na wiek, a może po prostu zostałem wychowany w poszanowaniu kultury osobistej, ale nie spodobało mi się to posunięcie z jego strony. Jednak zamiast zwrócić mu uwagę zacząłem sprawdzać, czy na pewno niczego nie zapomniałem i wszystko włożyłem do neseseru.
– Albert, co nie? – Miał bardzo interesujący głos. Nie był już tak powłóczysty, jak w trakcie rozmowy z klientką.
– Apoloniusz – odparłem nieśmiało, nie podnosząc na niego wzroku. Wiedziałem jednak, że na jego młodzieńczej twarzy z pewnością rozciąga się wyraz niedowierzania.
Gdy miałem już wychodzić, chłopak podniósł się niespodziewanie z zajmowanego miejsca, doskakując do mnie w okamgnieniu. Miałem wrażenie, że lada moment, a wbije mnie w drewnianą futrynę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem przed sobą wyciągniętą rękę, a gdy uniosłem nieco wzrok dostrzegłem pogodny uśmiech na twarzy tego chłopaczka. Na ile był udawany – nie wiem, ale w jakiś sposób przez chwilę zrobiło mi się miło przez ten drobny gest.
– Mateusz – przedstawił się, wyraźnie czekając, aż odwzajemnię uścisk dłoni. Ale zamiast tego przypatrywałem się mu z dozą fascynacji, bowiem jeszcze nigdy nie spotkałem tak urodziwego młodzieńca.
Nasze uniformy pracownicze nie są zbyt oryginalne, tak naprawdę składają się ze zwykłej czarnej marynarki i białej koszuli, których materiały nie grzeszą wysoką jakością. On jednak prezentował się w nich zjawiskowo, można by rzecz, że wyglądał, jakby zostały uszyte specjalnie na niego. Spodnie były idealnej długości, lekko nachodziły na lakierowane pantofle. Mój wzrok od razu powędrował w dół na wysłużone adidasy pamiętające początki stanu wojennego, z którymi nie rozstawałem się od lat. Kiepskie porównanie, ale chociaż było mi w nich wygodnie. Mówiąc wprost, bardzo się różniliśmy i nie chodziło wyłącznie o wiek. Wyglądaliśmy jak rzeźby Michała Anioła, jednak mnie bliżej było do marmurowego kloca, który dopiero przywieziono do pracowni. On zaś był perfekcyjnym uosobieniem Dawida.
– Miło mi – odpowiedziałem po chwili z grzeczności i uciekłem na zaplecze tak szybko, jak tylko mogłem. Stamtąd popędziłem ku wieszakowi, skąd w biegu zabrałem starą i wysłużoną kurtkę, a następnie wypadłem przez drzwi na tył hotelu, gdzie uderzyło mnie zimne, wrześniowe powietrze, zaś krople rzęsistego deszczu zaczęły osiadać na ubraniu. I tyle go widziałem. Zdążyłem się jednak zorientować, że tak jak ja pracuje jako portier, tyle że na dzienną zmianę.
Grudzień 1998
– Nikt się nie może o tym dowiedzieć – zakomunikował ostro dyrektor hotelu, dumając nad martwym Mateuszem rozciągniętym w czarnym worku na środku pracowniczej szatni. – Ukryjcie go na jakiś czas.
Jego słowa wywołały wrzawę wśród reszty załogi, która od razu zaczęła protestować. A ja stałem sobie cichutko z boku, obserwując uzasadnione oburzenie, a przy tym licząc, że nikt niczego nie będzie ode mnie chciał.
– Zwariowaliście? – krzyknęła Żaneta, która zajmowała się sprzątaniem pokoi po gościach. W ostatnim czasie nie miała zbyt wiele roboty, przez co była bardzo cięta na dyrektora, gdyż przez jego drastyczne podwyżki cen zaglądało do nas niewielu przyjezdnych, a mówiąc niewielu mam na myśli dwóch na cały miesiąc. Aż dziw, że jeszcze nie splajtowaliśmy.
– Nie można go tu trzymać – dołączył się Luigi, nasz hotelowy kucharz, którego twarz wyjątkowo tęskniła za rozumem.
– Jesteśmy tuż przed sezonem świątecznym – odrzekł dyrektor, równie inteligentny, co jego przedmówca – a hotel jest praktycznie obładowany. Czy wy macie jakiekolwiek pojęcie, co się stanie, jeśli goście dowiedzą się, że mamy trupa w szatni dla personelu?
– Uciekną – odpowiedziała, jak gdyby nigdy nic Dorota, jedna z naszych kelnerek. – Też bym tak zrobiła.
Dyrektor spojrzał na nią z politowaniem, przechodząc zgrabnym krokiem nad Mateuszem i otaczając dziewczynę ramieniem. Kobieta wzdrygnęła się pod wpływem dotyku, jednak starała się nie dać niczego po sobie poznać.
– Właśnie – odezwał się do niej cichym i przesłodzonym głosem – uciekną. Tak, jak twoja premia. Jak premia każdego z was. A tego byśmy raczej nie chcieli, prawda?
W szatni zapadło milczenie, zaś pracownicy pospuszczali smętnie głowy. Z mojego punktu widzenia była to gra warta świeczki, bowiem dodatek, o którym mówił przełożony, wynosił jakieś pięćdziesiąt złotych, jednak wiadomo, że pieniądze piechotą nie chodzą, a nawet jeśli, to trzeba je dogonić, schylić się i wziąć. Mimo wszystko nie chciało mi się wierzyć, że są aż tak pazerni i zgodzą się ukrywać biednego chłopaka.
– To skoro wszystko ustalone, to teraz musimy mieć jakiś plan działania – zwrócił się do nas dyrektor, spoglądając jednocześnie na drogi zegarek wychylający się spod mankietu fioletowawej koszuli. – Ktoś musi z nim tu zostać na czas świąt, żeby goście o niczym się nie dowiedzieli.
– A nie lepiej go stąd wynieść? – zaproponowała druga kelnerka.
– I co chcesz z nim zrobić? – spytała Dorota. – Posadzić na ławce i udawać, że nic się nie stało? A może przebrać za drzewko bożonarodzeniowe i obwiesić bombkami?
– Wsadźmy go do jakiejś szafki i będzie po sprawie – wtrąciła się Żaneta. – Zajmiemy się nim po świętach, zgłosimy wszystko na policję. Udamy, że o niczym nie wiedzieliśmy. Do tego czasu lepiej będzie tu nie zaglądać.
– Ale ktoś musi tu jednak być i patrzyć, czy wszystko z nim w porządku – dodał Luigi, jak zwykle wykazując się wyżynami swego intelektu.
– Bo co – odparła salowa – wstanie i sobie pójdzie do domu?
W trakcie gdy oni debatowali, co dokładnie zrobić z biednym Mateuszem, ja wyciągnąłem z kieszeni małego cukierka, którego próbowałem otworzyć powoli i z niesamowitym skupieniem, żeby nikt przypadkiem nie zwrócił na mnie uwagi. Papierek jednak zaszeleścił w najmniej odpowiednim momencie, przez co wzrok dyrektora od razu na mnie spoczął, a po błyskach w jego oczach wiedziałem, że szykuje się coś niedobrego. Jak się chwilę później okazało, niewiele się pomyliłem.
– Apoloniusz – zwrócił się do mnie po imieniu. Byłem pełen podziwu, że w końcu udało mu się je zapamiętać. – Ty nie masz rodziny, więc nigdzie ci się nie spieszy na święta. A dodatkowa stówka zawsze się przyda, co nie?
Przytaknąłem krótko głową, nie bardzo wiedząc, co innego powinienem zrobić.
– No to się jakoś dogadacie z Matim. – Podszedł do mnie i poklepał po przyjacielsku po ramieniu. Nim zdążyłem coś powiedzieć, zostałem w szatni zupełnie sam. Nie licząc Mateusza, który raczej nie miał jak protestować.
Zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu, w którym było niesamowicie zimno, a ogromny grzyb widniejący na suficie rozprzestrzenił się nawet na pozostałe ściany. Zastanawiałem się, czy od zawsze było to tak zatęchłe miejsce, czy może nie zwracałem na to dotąd uwagi. Bardziej jednak interesowało mnie, co powinienem zrobić z Mateuszem, z którym chcąc nie chcąc zostawiła mnie reszta pracowników. Chłopak zresztą też nie wyglądał, jakby chciał tu ze mną być. Poza tym miałem też swoje obowiązki i nie mogłem tu siedzieć w nieskończoność.
Podszedłem do metalowej szafki należącej do mojego kolegi po fachu, a z której wyleciał na podłogę, gdy jakąś godzinę temu wszyscy zebraliśmy się w szatni, by omówić grafik na najbliższych kilka tygodni. Było w niej niewiele rzeczy, w każdym razie znacznie mniej, niż w schowku Żanety, która trzymała w nim chyba połowę domu. Często zdarzało jej się przynosić do pracy koszule dla męża, które mu tu prała i prasowała. Nikt nie wiedział czemu, ale nierzadko tak robiła. U Mateusza znalazłem w zasadzie najpotrzebniejsze przybory, typu szczoteczka do zębów i flakon męskich perfum. Odkorkowałem je i powąchałem, a że od dziecka byłem, mówiąc kolokwialnie, dupa z zapachów, potrafiłem tylko powiedzieć, że czuć w nich wyraźnie miętę. Moją uwagę bardziej przykuły natomiast książki umieszczone na samym dnie, zwłaszcza jedna z nieco podniszczoną okładką w kolorze ciemnej czerwieni o wdzięcznym tytule ¿Cómo ser un buen amante?
Zaciekawiony znaleziskiem rozsiadłem się z nim pod szafką, mimo że jedyny język obcy, jaki znałem, to specyficzna gwara stosowana przez młodzież przesiadującą godzinami pod moim blokiem. W środku ukazały mi się wyrazy, których kompletnie nie rozumiałem, jednak przy większości akapitów znajdowały się ręczne dopiski, prawdopodobnie autorstwa Mateusza, z których dało się wywnioskować znacznie więcej. Szczególnie zainteresował mnie fragment o uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz