poniedziałek, 4 lutego 2019

Rozdział 12



¿Quién realmente tiene un problema – tú o las mujeres?



La mujer no es paciente, la mujer no es bondadosa; es celosa, es altiva, es soberbia, pervierte, busca su propia conveniencia, se irrita, lleva registro de la maldad; goza con la injusticia: no goza con la verdad.

            Podríamos terminar nuestro prontuario con este acento optimista, porque la verdad es que nunca puedes satisfacer completamente a una mujer. Puedes probar con todas tus fuerzas, puedes allanarte a los consejos que mostramos en este libro. Desafortunadamente, estas son solo indicaciones sobre cómo actuar con las mujeres. Ellas nunca estarán totalmente satisfechas, porque según ellas podrás hacer algo mejor siempre. Así que no te preocupes que no puedas complacer a una mujer. Nadie puede hacerlo, ni siquiera ellas mismas.

niedziela, 3 lutego 2019

Rozdział 11



O dwóch takich, co chciały być mądre



Stałem sobie po drugiej stronie ulicy pod balkonem, przyglądając się powoli gasnącym światłom w budynku naprzeciwko mnie. Kamienica, przy której się ulokowałem, była dość stara, żeby nie powiedzieć obskurna. Fasada przyozdobiona przez miejscowych chuliganów wyjątkowo popularnymi inwektywami w połączeniu ze skrzypiącymi i ledwie trzymającymi się w zawiasach drzwiami wejściowymi nie zachęcała do wejścia. Balkon, pod którym sterczałem, również był wątpliwej jakości, zwłaszcza zardzewiała balustrada i sypiący się od spodu tynk. Ale tutaj przynajmniej nie padało. Kilka metrów dalej znajdował się zaś przystanek autobusowy.
Hotel, w którym przepracowałem kilkanaście lat, zaczął popadać w ruinę. Każdego dnia obserwowałem coraz mniejszą liczbę ludzi zaglądających do środka, codziennie patrzyłem na raptem kilka pokoi, w których bardzo szybko gasły światła. Skład nowego personelu również zmieniał się w zatrważającym tempie. Nie widziałem ani jednej znajomej twarzy, nie spotkałem nikogo ze starych pracowników, nawet dyrektor wyglądał zupełnie inaczej. Większość z nas odeszła dobrowolnie, zresztą nikt jakoś specjalnie nas nie zatrzymywał, a nasz dawny pracodawca stwarzał wrażenie, jakby mu ulżyło, że nie musi już nam płacić. I tak tydzień po tygodniu przychodził ktoś nowy, szybko się zwalniał, na jego miejsce przychodziła kolejna osoba, która również zbyt długo nie wytrzymywała i składała wypowiedzenie. Ile wytrzymałem? Tak szczerze, to nie pamiętam. Może miesiąc, może więcej, w każdym razie nikt za mną nie płakał, kiedy odchodziłem. Pamiętam jednak dziwną ulgę, którą poczułem tamtego dnia, gdy zmarznięty, przemoknięty, a do tego bezrobotny wróciłem do domu po mojej ostatniej zmianie. Gorąca herbata jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała, a sen przez całe życie nie był tak spokojny i mocny, jak owego dnia.
Ostatnie światło w jednym z pokoi na piętrze zgasło i jedynie nikły poblask z żarówki na recepcji świadczył, że hotel jest w dalszym ciągu otwarty. Chwilę później na przystanek zajechał autobus, a ja podreptałem w jego kierunku, chcąc zająć w miarę dogodne miejsce. W środku nie było zbyt wielu pasażerów, raptem kilka staruszek z charakterystycznymi wózkami na zakupy i jakiś młody chłopak z dużymi słuchawkami na uszach. Nie wiem czemu, ale wsiadając do komunikacji miejskiej ludzie mają dziwną tendencję do zajmowania samotnych miejsc. Lokują się po prostu jak najdalej od innych, tak jakby się ich bali. Szczególnie fascynującym zjawiskiem są podwójne siedzenia, które najczęściej są okupowane przez jakąś starszą kobietę. Jedno miejsce jest bowiem dla niej, a drugie dla jej siatek z zakupami. I oczywiście biada temu, kto ośmieli się zwrócić takiej pasażerce uwagę.
Usiadłem praktycznie na samym końcu autobusu i spoglądałem przez brudną szybę na ciemne ulice tonące w strugach deszczu. Ulewa była tak silna, że latarnie nie były w stanie dostarczyć wystarczającej ilości światła do rozjaśnienia chodników. Stęskniłem się trochę za wiosną, zwłaszcza za cieplejszymi i bardziej słonecznymi dniami. Miałem już dość codziennej słoty, otaczającej mnie dookoła szarości i tych ponurych nastrojów. Przypomniały mi się poranne wypady nad jezioro, gdzie mogłem siedzieć całymi dniami i wpatrywać się w dryfujący spławik, póki nie chwyciła go jakaś ryba. Tęskno mi było do spokoju, do ciszy, chciałem jak najszybciej uciec od tej ciemności i dudniącego w uszach miejskiego hałasu.
Autobus zatrzymał się dość gwałtownie na kolejnym przystanku, osiadł przy nim z charakterystycznym sapnięciem i głośnym otwarciem wszystkich drzwi. Do środka weszła jakaś kobieta i zaczęła kierować się w moją stronę, a raczej ku wolnym miejscom, których najwięcej było na tyłach pojazdu. Niespodziewanie usiadła obok mnie, pociągając kilka razy nosem przez panujące na dworze zimno. Poznałem ją dopiero, gdy ściągnęła czapkę z dużym pomponem i opuściła trochę gruby szalik, którym opatuliła szyję.
– Żaneta? – Spojrzała jakby trochę przestraszona, po czym uśmiechnęła się szeroko, poprawiając zmierzwione przez nakrycie głowy włosy. Praktycznie nic się nie zmieniła, od kiedy ostatni raz ją widziałem.
– No proszę, co za spotkanie! – Kilka osób znajdujących się w autobusie zerknęło w naszą stronę. – Boże, jak ja cię dawno nie widziałam. Co tam u ciebie? Jak się trzymasz?
– Dobrze – wybąkałem po dłuższej chwili, wciskając głębiej ręce do kieszeni kurtki. Żaneta spojrzała na mnie karcąco, a jednocześnie sympatycznie, przez co poczułem dziwną potrzebę powiedzenia czegoś więcej. – W sensie jakoś tam leci. Zmieniłem pracę, rozglądam się za jakimś dogodniejszym mieszkaniem. Nic ciekawego w zasadzie.
– To fajnie – odparła, ale nie była już tak entuzjastyczna, jak na początku. A ja niespecjalnie się temu dziwiłem.
Minęliśmy kilka przystanków w kompletnej ciszy. Za każdym razem, gdy chciałem ją o coś zapytać, w ostatnim momencie gryzłem się w język i koniec końców nie mówiłem nic. Myślałem, że spędzimy tak całą trasę, ale gdy autobus nieco opustoszał, Żaneta ponownie się odezwała, jednak mówiła dużo ciszej i z wyraźną nostalgią.
– Niezręcznie trochę, co nie? – Nie pytała, po prostu stwierdzała fakty, na co ja przytaknąłem ledwo zauważalne głową. Uśmiechnęła się lekko, ale widać było, że robi to bardziej z konieczności. – Przeczołgałam was przez policję i sądy, a teraz, jak gdyby nigdy nic, pytam, co tam u ciebie.
Przeczołgała to trochę wyolbrzymione słowo. Zwłaszcza, że na komendę wzywano mnie raptem dwa razy, a w sądzie nikogo jakoś specjalnie nie obchodziło, co miałem do powiedzenia.
– Bez przesady – odparłem, próbując jakoś dodać jej otuchy. – Zresztą mnie tam za bardzo widzieć nie chcieli. Co innego Dorotę.
– Czy to dziwne, że mam wyrzuty sumienia po tym, co jej zrobiłam? – spytała, wykręcając sobie ze zdenerwowania palce.
Czy to dziwne? Według mnie, nie. Dorota na wszystko zapracowała własnymi rękami, przynajmniej w moim odczuciu. Co innego, że Żaneta weszła w jej spisek zupełnie świadomie i jedyne, czego powinna żałować, to własnej głupoty oraz naiwności.
– Nie – odpowiedziałem, gdy autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. – Przecież nie kazałaś jej zabijać.
– Ale pomagałam jej to ukryć – odpowiedziała nieco głośniej, obracając się gwałtownie w moim kierunku.
Patrząc w jej pełne żalu oczy przeszło mi przez myśl, że kobiety to bardzo dziwne stworzenia. Czemu tak inteligentne i silne osoby, które potrafią znieść znacznie więcej, aniżeli niejeden mężczyzna, gdy w ich otoczeniu pojawia się jakiś przedstawiciel płci męskiej nagle kompletnie tracą głowę i idą za nim, niczym owce prowadzone na rzeź? Czemu nabierają się na te sztuczki? Czemu dają się wodzić za nos?
– A jesteś pewna, że robiłaś to dla Doroty? – zapytałem, a oczy Żanety kompletnie przygasły. – Pomagałam dziewczynie, która kochała tak mocno, że dopuściła się morderstwa z miłości. To brzmi bardzo heroicznie, ale prawda jest taka, że chciałaś przy tym coś ugrać dla siebie.
– Chciałam – odparła z głośniejszym westchnięciem, odchylając się nieco na siedzeniu. – Chciałam go odzyskać, chciałam, żeby wrócił do mnie i przestał zaprzątać sobie głowę jakąś gówniarą. Ale w porównaniu z nią nie miałam nic do zaoferowania. Młoda, piękna, zabawna, a ja?
Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo Żaneta czuje się niedowartościowana. I zrozumiałem przy tym, że większość kobiet tak się czuje. Kiedy teoretycznie mają wszystko, same odnoszą wrażenie, że nie mają niczego. Mąż, dzieci, jakaś praca i dom, to wartości, których wymaga od nich społeczeństwo i są przez nie dobrze widziane. Jednak samo posiadanie to niestety nie wszystko.
– Wszędzie niepotrzebna – wymamrotała pod nosem. – W domu patrzą tylko na to, czy jest ugotowany obiad i wyprane skarpetki. W pracy patrzyli, czy podłoga jest dobrze umyta i założona świeża pościel. Nikt nie patrzył na to, czego sama potrzebowałam.
– A dyrektor był ci w stanie to zapewnić.
– Nie – odrzekła – ale chociaż przez chwilę mogłam się poczuć kobietą. Czułam się potrzebna, czułam, że mam jakąś wartość. A później oczywiście pojawiła się Dorota.
– I ci go odebrała.
Zamilkła, bawiąc się zamkiem od kurtki. Co ciekawe, nie czułem się niezręcznie, rozmawiając z nią o tych przykrych wydarzeniach. Od dawna bowiem z nikim tyle nie rozmawiałem i jak kiedyś zwykła pogawędka sprawiała mi wiele trudności, tak teraz czułem, ile daje kontakt z drugim człowiekiem. I rozumiałem poniekąd Żanetę. Kiedy bowiem człowiek czuje się niepotrzebny, na niczym mu nie zależy i jest gotowy posunąć się do wszystkiego, by zaskarbić sobie czyjąś uwagę.
– Wiesz, czemu to zrobiła? – zapytała, patrząc na mnie zmęczonym wzrokiem. – Kochała Mateusza tak bardzo, że nie mogła znieść, że ją zostawił. Myślała, że jakoś go odzyska, wzbudzi zazdrość, umawiając się z dyrektorem. Ale to nic nie dało i poczuła się jedynie jeszcze bardziej upokorzona.
Autobus skręcił w mniejszą uliczkę prowadzącą do pobliskiego osiedla. Powinienem wysiąść na najbliższym przystanku, ale nie chciałem zostawiać Żanety samej. Przysunąłem się nawet do niej nieco bliżej.
– Jak to jest, Apoloniusz? – odezwała się po jakimś czasie. – Jak to jest, że tobie nie brakuje ludzi?
Wzruszyłem od niechcenia ramionami.
– Bardziej odpycham od siebie ludzi, niż mi ich nie brakuje – odpowiedziałem, wyglądając przez ciemną szybę. – Może dlatego rozstałem się z żoną, a dzieci ode mnie uciekły.
– I nie czujesz się samotny? Nie masz wrażenia, że jesteś niepotrzebny?
– Wiesz – zacząłem cicho – myślę, że to nie inni ludzie sprawiają, że czujemy się potrzebni, ale nasze czyny świadczą o naszej wartości. Póki mogę coś dla kogoś zrobić, nieważne, czy będzie to coś małego czy dużego, czuję się pożyteczny.
Uśmiechnąłem się najserdeczniej, jak tylko potrafiłem. A nie umiem tego za bardzo robić, więc zapewne wyszedł mi jakiś okropny grymas na twarzy, ale Żaneta nie dała niczego po sobie poznać. Nawet odwzajemniła moją nieporadną próbę uśmiechu, przez co zrobiło mi się miło i cieplej na sercu.
Autobus zaczął zbliżać się do końca trasy, więc nic dziwnego, że zostaliśmy w nim sami. Zacząłem więc podnosić się ku wyjściu, Żaneta podobnie. Wcześniej założyła na głowę grubą czapkę, starannie chowając pod nią włosy.
– Czym się teraz zajmujesz? – spytałem, gdy wysiadaliśmy na pętli. Deszcz nieco zelżał, ale wciąż był dość obfity.
– Czekam na ostatnią rozprawę, a później, kto wie – odparła, wzruszając ramionami. – Dostanę pewnie kilka miesięcy za pomoc w zatajeniu morderstwa, ewentualnie kilka lat.
Zadziwiło mnie, że podchodzi do całej sprawy tak spokojnie. Gdyby mnie sądzono, faktycznie mogłoby mi być wszystko jedno, ale Żaneta ma dużo więcej do stracenia, przede wszystkim rodzinę, na której powinno jej zależeć. Nie pytałem jej o to jednak. Przytaknąłem ze zrozumieniem głową, chowając się pod kapturem kurtki przed strugami deszczu.
– Apoloniusz – zwróciła się do mnie, gdy doszliśmy do niewielkich bloków – mogłabym mieć do ciebie prośbę?
– Oczywiście – odpowiedziałem, chowając ręce w kieszeniach kurtki.
– Odezwij się do mnie czasem – poprosiła lekko drżącym głosem. – Nie mam nikogo z kim mogłabym tak porozmawiać, jak z tobą.
Poczułem się nieco zakłopotany jej słowami. Nikt mi bowiem nigdy nie powiedział czegoś podobnego i z początku nie bardzo dawałem Żanecie wiarę. Stwierdziłem jednak, że skoro nie mam nic do stracenia, to powinienem przystać na jej prośbę. I tak też zrobiłem, ale w ogóle nie spodziewałem się, że w ramach podziękowań kobieta mocno się do mnie przytuli. Później odszedłem w przeciwnym kierunku, nie obchodziło mnie, że kurtka kompletnie przemokła, a do domu mam jeszcze spory kawałek do przejścia. Myśli moje były bowiem daleko ode mnie, ponieważ pierwszy raz poczułem, jak to naprawdę jest być komuś potrzebnym.

wtorek, 29 stycznia 2019

Rozdział 10



— Las mujeres también devoran —



El problema es que no conoces diferentes tipos de mujeres. ¿Crees que todas son hermosas y jóvenes? ¿Que quieren reunirse contigo porque tienes aficiones ineresantes e inusuales? Hombre, la verdad es que el mundo es cruel y no todo es tan maravilloso como parece. Especialmente cuando estamos hablando de las mujeres.

            El primer tipo que debes evitar es una leona. Como en el reino de los animales, las leonas cazan en manadas. Te acorralarán en muy poco tiempo, te vigilarán atentamente, adormecerán tu vigilancia, y todo esto para que caigas en su trampa intrincada. Y luego te atacará la más fuerte de la manada.
            La característica de la leona no es tan simple. Se arraigó que es una mujer que tiene más de cuarenta años, generalmente divorciada, que busca consuelo y aprecio en los brazos de un hombre más joven. Y en cierto modo lo es. El problema comienza cuando, después de entablar una relación más estrecha con una mujer así, ella comienza a comportarse como la madre para su amante.

            El segundo tipo – la mantis. Probablemente sabes que la mantis es un insecto rapaz. Realmente necesita un macho únicamente para la copulación. Y será lo mismo contigo si te acercas a una mujer así. Ella necesita solo una noche para triturarte y masticarte. Luego te devorará, sin dejar restos de dignidad. Será mejor que te mantengas alejado de ese tipo peligroso.

            El último tipo de mujer parece muy humilde. Pero no dejes que te confundan estos ojos cuidadosos que te miran. Las tarántulas son así: protectoras, te cuidan a cada paso, pero al mismo tiempo chupan tu energía a la vida día a día. Te atraparán en su telaraña, te cerrarán en un capullo y se alimentarán de ti muy lentamente. Esto parasitismo durará semanas, quizás meses, hasta que estés completamente vacío y huero de cualquier cosa.

niedziela, 27 stycznia 2019

Rozdział 9




Prawdziwy mężczyzna ma wszystkiego w nadmiarze.



Nasz dyrektor, mimo że na takiego nie wygląda, to dość przebiegła gadzina. Gościom hotelu prezentuje się oczywiście, jako dobry gospodarz, a w rzeczywistości dniami i nocami knuje za drzwiami swego gabinetu, obmyślając nowy plan oskubania ich z reszty pieniędzy. W skrócie jest człowiekiem bardzo interesownym, pewnym siebie, a także z żyłką do biznesu. Nie dziwi zatem, że po odkryciu przez moją byłą żonę zwłok Mateusza wystarczyła sekunda, by pod czaszką zaczął krystalizować mu się genialny plan zamiecenia całej sytuacji pod dywan. Problem w tym, że nasze hotelowe wykładziny ukrywają już tyle brudów, że kolejny z pewnością się pod nie nie wciśnie.
 Bożena wyjątkowo skutecznie zaalarmowała cały personel o swoim znalezisku, krzycząc wniebogłosy, jakby pod nogami przebiegł jej wielki szczur. I początkowo faktycznie zignorowałem jej wrzaski, bo w naszym hotelu gryzonie przesiadują dość często, lecz gdy przybiegła na portiernię zalana łzami, drąc się co drugie słowo „trup”, nie mogłem już siedzieć w spokoju i udawać, że nic się takiego nie wydarzyło. Tym bardziej, że poruszeni jej rabanem goście zaczęli wychodzić z pokoi i domagać się natychmiastowych wyjaśnień. Szczęście w nieszczęściu, że wszystko usłyszał dyrektor, który postanowił zająć się wielkim poruszeniem, bo mnie oczywiście zabrakło języka w gębie. A tak na marginesie, zaciekawiło mnie, jak w składziku bez światła udało jej się dostrzec ciało biednego młodzika.
– Patrzcie, jaki bohater – wyszeptała Żaneta otaczająca mnie wraz z resztą personelu. Zostaliśmy póki co odepchnięci na bok, gdyż nasz pracodawca próbował nieco uspokoić zaniepokojonych gości zgromadzonych w holu hotelowym. W tym również moją byłą żonę, która uwiesiła mu się na ramieniu, płacząc i jęcząc w drogą marynarkę. Że też w małżeństwie nie była zdolna do okazania jakichkolwiek uczuć.
– No – mruknęła obgryzająca skórki wokół paznokci Dorota – pierś wypiął, jakby order mieli mu wręczać.
– A jak jej szybko ramię zaoferował – dodała Ula, nasza druga kelnerka.
– I jakie ma buty. – Zerknęliśmy na Luigiego, który oczywiście wyjadał jakieś resztki z kuchni, a tłuszcz skapywał mu po brodzie. Nie pierwszy raz nasz kucharz wykazał się niebywałą inteligencją, ale wciąż udawało mu się czymś nas zaskoczyć. – W sensie, że ładne. Dopasowane. Takie elokwenckie.
– Raczej eleganckie – poprawiła Żaneta, odsuwając się od kolegi, który usiłował zmieścić w paszczy ostatki sporego kotleta mielonego. – Akurat w tym przypadku mógłbyś się czegoś od niego nauczyć.
– Jak nosić buty? – zapytał niewyraźnie Luigi, gdyż próbował pogryźć mięso. Chwilę później większy kawałek wyleciał mu z ust, lądując prosto na białych tenisówkach pokojowej.
Żaneta z reguły nie owija w bawełnę i mówi, co jej ślina na język przyniosła. Zwłaszcza do naszego kucharza, nie szczędząc mu kąśliwych uwag, których biedak i tak nie jest w stanie ogarnąć swym małym rozumkiem.
– Jak nie być taką obleśną świnią – warknęła, a stojąca obok niej Dorota zaśmiała się cicho pod nosem. Luigi jedynie wzruszył tęgimi ramionami, wycierając tłuste palce w niegdyś biały fartuch.
– No od dyrektora można się wiele nauczyć – przytaknęła koleżance. Ta jednak zerknęła na nią z ukosa, a chwilę później jej lewa brew powędrowała lekko ku górze. Ja z kolei wyczułem tworzące się między paniami napięcie, zwłaszcza od Żanety, która – z tego, co pamiętam – nie ma zbyt dobrego zdania o Dorocie.
– Pewnie wiesz z autopsji, co? – rzuciła z przesłodzonym uśmiechem, a twarz kelnerki stężała w okamgnieniu.
– Święta się odezwała – odwarknęła, krzyżując ręce na piersiach. – Ja chociaż nie robiłam tego w pracy.
– A ja nie leciałam na dwa fronty – odparła, unosząc dumnie głowę.
– Ale ja nie mam męża.
– Godności również. – Mimo że obie mówiły dość cicho, brzmiały niczym dwie przekupy na targu kłócące się o wyższość sprzedawanych przez siebie ziemniaków. Ja oczywiście siedziałem między nimi, zapadając się coraz bardziej w niewygodnym fotelu i zastanawiając się, kiedy trafi we mnie jakiś rykoszet z tej babskiej pyskówki. Od dziecka miałem bowiem szczęście, że jak gdzieś kłóciły się dwie kobiety, tam i ja dostawałem po głowie.
– Przegięłaś w tym momencie – wysyczała Dorota, celując w Żanetę krótkim paznokciem w różowym kolorze.
– Nom – dołączył się Luigi przeżuwający eklerkę – to było bardzo niemiłe.
– Ta? I co mi zrobisz grubasie? – fuknęła na kucharza, zakasując rękawy od bluzy. – Usiądziesz na mnie?
– Przestańcie, bo ludzie zaczynają się interesować – wtrąciła się nieśmiało Ula. O dziwo rozjuszona Żaneta zamilkła, rozsiadając się na moim biurku, konkretnie na książce, w której rejestruje się gości. Machała nogami niczym dziecko, szturchając mnie co rusz w kolano, a nawet w udo. Mimo że bardzo naruszała tym moją przestrzeń osobistą, wolałem nie zwracać jej uwagi. Co innego Dorota, która wróciła po jakimś czasie do niewygodnego tematu o naszym dyrektorze.
– Coś się tak rozkraczyła? – rzuciła kąśliwie, wyraźnie akcentując ostatnie słowo. – Na Apoloniusza też już się zasadziłaś?
Żaneta przestała poruszać nogami, przewiercając kelnerkę wściekłym spojrzeniem. Próbowałem się odsunąć od miejsca potyczki obu pań, ale kiepsko mi to wychodziło. Czułem, jak materiał swetra zaczyna mnie gryźć przez spływające po kręgosłupie kropelki potu.
– Mogłaś celować w jakąś lepszą ligę, tu sama bida z nędzą – dodała, uśmiechając się szyderczo.
Pokojowa milczała. Była wściekła, to było aż nazbyt oczywiste, ale tym razem trzymała nerwy na wodzy, a przynajmniej próbowała. Mnie zaś do tej pory udało się ustalić kilka interesujących szczegółów, mianowicie obie panie miały coś za uszami, konkretnie romans z naszym dyrektorem, i prawdopodobnie Żaneta poszła w odstawkę na rzecz Doroty. Przeszło mi przez myśl, że niektórzy mężczyźni myślą bardzo wąskotorowo, wybierając młodsze i teoretycznie ładniejsze kobiety, gdy sami mają już czterdziestkę na karku.
– Jak ty na Mateusza? – odparła po dłuższej chwili pokojowa, podnosząc się z mojego biurka i stając naprzeciwko kelnerki. Dziewczyna jakby trochę pobladła, a na pewno nie uśmiechała się już złośliwie i nie była tak bardzo pewna siebie, jak jakiś czas temu.
– Mateusz nie ma nic do tego – odwarknęła Dorota.
– Już nie ma – odpowiedziała Żaneta, krzyżując ręce na piersiach. Atmosfera panująca na portierni nie była już gęsta, była twarda i lodowata, niczym kostka lodu. Nawet Luigi przestał opychać się słodkościami i zgrabnie wycofał się bliżej wejścia do kuchni.
– On nigdy nie był prawdziwym mężczyzną. Był biedakiem – dodała, wypowiadając głośniej ostatnie słowo. Pokojowa uśmiechnęła się do niej sardonicznie.
– Oczywiście, bo w twoim świecie idealny i prawdziwy mężczyzna ma wszystkiego za dużo i pod dostatkiem. Klata, jak klatka schodowa, oczy niczym jeziora, orzeł zamiast wróbelka – zakpiła, a twarz Doroty niemal zapłonęła z furii. – Zwłaszcza to ostatnie.
– Jeszcze jedno słowo, a wyrwę ci kłaki i pozamiatam nimi podłogę – odpyskowała kelnerka, ignorując obracającą się ku nam coraz większą liczbę gości.
– Przestańcie, proszę – odezwała się ponownie Ula, próbując jakoś zaradzić całej sytuacji. Zwłaszcza, że przemówienia dyrektora o bezpieczeństwie naszego hotelu nikt już nie słuchał; gawiedź wolała zająć się kolejną sensacją.
– Przecież nic takiego nie powiedziałam. Zresztą to nie moja wina, że Mateusz wolał inną.
– Chyba nie mówisz o sobie?! – wrzasnęła nagle Dorota. – Takiego kocmołucha, do tego pomywaczki podłóg nawet jednym palcem by nie rus…
Dziewczyna nie dokończyła zadania. Rozwścieczona Żaneta wpierw uderzyła ją w twarz, a później wyciągnęła zza kontuaru, trzymając za kołnierzyk od koszuli. Kelnerka próbowała się wyrwać, szarpała się przez cały czas i krzyczała, niczym opętana, zwłaszcza, że pokojowa wraz z kołnierzem złapała jej sporo włosów. Część z nich nawet wyrwała, gdy zaalarmowany dyrektor odciągnął ją na bok, trzymając za rwące się do dalszej walki ręce. Dorota zaś wylądowała na podłodze między gośćmi, zalewając się obficie łzami.
– Co tu się do jasnej cholery wyprawia?! – Donośny głos dyrektora rozniósł się po całym hotelu. Cały czas starał się zapanować nad Żanetą, która nie przestawała się rzucać na wszystkie strony. Ja zaś odruchowo wsunąłem się bardziej za kontuar portierni, za którym również stała przerażona i blada jak ściana Ula. Zrobiło mi się jej żal, szczególnie, że nie pracuje z nami zbyt długo i na dobrą sprawę nie zdążyła się jeszcze z nikim dobrze zakolegować.
            – Rzuciła się na mnie! – wydarła się zaryczana Dorota. – Wariatka!
            – Mogę być wariatką, ale chociaż nie jestem sprzedajną kurwą! – wrzasnęła Żaneta. Kilka sekund później dało się słyszeć krzyk bólu dyrektora, którego pokojowa ugryzła w rękę. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, trzymając za bolący nadgarstek i klnąc wniebogłosy. Goście hotelu przyglądali się całej trójce z przerażeniem, a niektórzy zaczęli się nawet zastanawiać, czy zadzwonić na policję.
            – Sama się z nim pieprzyłaś po kątach, a mnie nazywasz kurwą?! – odpyskowała kelnerka, podnosząc się niezdarnie z podłogi. Na jej cielistych rajstopach utworzyła się pokaźna dziura, mniej więcej na wysokości kolana.
            – Nie spałam z nim ani razu! – krzyknęła Żaneta, wskazując na siebie palcem; w oczach zaczęły gromadzić jej się pierwsze łzy. – To ty się szlajałaś od pokoju do pokoju i dawałaś dupy komu popadnie! Nawet Tuszyńskiemu!
            Wskazała przy tym na otyłego mecenasa, który nawet zdążył się ubrać, nim wyszedł z apartamentu. Reszta gości patrzyła na niego z niedowierzaniem i czymś na kształt pogardy. Zaciekawiło mnie, jak łatwo można osądzić człowieka, kompletnie go nie znając.
            – Ależ drogie panie – wtrącił się prawnik, zapewne wyłącznie po to, by jakoś zapobiec dalszemu odkrywaniu brudów ze swej alkowy. Kobiety jednak w ogóle nie chciały z nim rozmawiać, nawet nie próbowały go wysłuchać. – Chyba zaszło tu jakieś nieporozumienie, ja bym nigdy w życiu nie…
            – Zamknij się! – przerwała mu dość dobitnie Dorota, a Tuszyński skrył się między gośćmi. – Zamknij się, ty obleśna, zboczona świnio, bo nie ręczę za siebie!
            – Bo co?! Prawda cię nagle w oczy kole?! – Żaneta ponownie naskoczyła na kelnerkę. – Czy może też mu przypieprzysz w łeb, jak Mateuszowi?!
            – Że co? – dołączyła się moja była żona, wychylając się z niewielkiego tłumu gości. – Ona zabiła mojego Mateuszka?
            – Pani Mateuszka? – odezwała się niepomiernie zdziwiona Ula, która do tej pory stała cichutko pod ścianą, niczym trusia. Wyszła po chwili zza kontuaru, zbliżając się do Bożeny.
            – No mojego! – wyjęczała, wylewając kolejną porcję łez. – Mojego! Był taki kochany! Listy ze mną pisał, taki romantyk był z niego!
            Na potwierdzenie swych słów wyciągnęła z torebki kilka kopert i trzęsącymi się dłońmi podała je Uli, ale ona od razu cisnęła je na podłogę, na co Bożena rozpłakała się jeszcze mocniej, rzucając się po korespondencję.
            – Jak pani tak może?!
            – Jak ja mogę? – odparła zdenerwowana dziewczyna. – Raczej jak pani może mieć czelność kłaść ręce na cudzym mężczyźnie!
            – Dziecko, co ty wygadujesz?!
            – Mateusz był moim narzeczonym! O tym mówię! – Wyciągnęła z małej kieszeni w spódnicy pierścionek, niemal wpychając go mojej byłej żonie do oka. Ale Bożena, jak to Bożena, choć widzi, to nigdy wiary nie daje.
            – To kłamstwa! Brednie jakieś dziecinne wyssane z palca!
            – Zdradzał mnie i to jeszcze z jakąś starą babą! – zawyła zrozpaczona Dorota.
            – A ty go niby kantem nie puszczałaś? – dodała od siebie Żaneta. – Tu wielka miłość, a chwilę później nogi rozwarte, niczym bramy piekielne, na biurku dyrektorskim!
            – Żaneta hamuj się! – Dyrektor kolejny raz starał się jakoś uspokoić swoje pracownice, ale szło mu wyjątkowo opornie. Zwłaszcza, że obie panie ujawniły dość znaczące przewinienia, jakich się dopuścił, a które do tej pory skutecznie udawało mu się tuszować.
            – Teraz to się hamuj, a jak kazałeś mi klęczeć w tym pieprzonym składziku na miotły przeszło pół godziny, to było dobrze, tak?
            – Cholera jasna, opanuj się kobieto!
            – I jak latałeś do mnie, bo ci przy gówniarze stanąć nie mógł, to też było dobrze tak?!
            – Przymknij się wreszcie!
            – O nie – odparła dużo spokojniej, uśmiechając się do dyrektora złowieszczo. – Skończyło się. Nie dam już sobą pomiatać, nie będę ci więcej usługiwać i nie dam ci o tym wszystkim zapomnieć. Choćbym miała cię przeciągnąć przez wszystkie kręgi piekielne, za to, co mi zrobiłeś, nie odpuszczę ci.
            – Myślę, że nie będzie ku temu potrzeby, szanowna pani. – W drzwiach hotelu stało dwóch policjantów, jeden z nich był zwykłym szeregowym, natomiast drugi, wnioskując po ilości gwiazdek znajdujących się na naramienniku, znajdował się znacznie wyżej w policyjnej hierarchii. – Starszy aspirant Dariusz Wysocki i posterunkowy Trep. Dostaliśmy zawiadomienie, że w tym hotelu doszło do morderstwa.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Rozdział 8




El almizcle ha pasado de moda



El problema es que no sabes cómo debería oler un hombre verdadero. ¿Crees que tus perfumes atraen alguna mujer? ¿Piensas que hueles intrigantemente? Por supuesto que no. La razón es muy simple. Es decir, a tu colonia le falta un ingrediente fundamental. Tan importante que vuelve locas a las mujeres.

            Antes la gente pensaba que el olor del almizcle tiene un efecto estimulante en los sentidos tanto de las mujeres como los hombres. Y de hecho fue así, pero el almizcle ha pasado de moda y ahora su fragancia no despierta a nadie. Actualmente, el ingrediente más importante de los perfumes para hombres es el cuero.

            Al mismo tiempo es importante que no te excedas. La fragancia del cuero no debe dominar en tus perfumes. Tiene que ser sensible, intrigante, atractiva… No puedes oler como zapatos nuevos de mercería de cuero, porque probablemente escucharás algo como esto de una mujer: ”Me alegra, me congratula que estés orgulloso de tu cuerpo, lo digo en serio, me allegra que te gustes. Pero con este olor, ¿tú qué me quieres decir a mi? Es decir, ¿cuando pones esto qué sensación me quieres transmitir? No lo entiendo”.

Quizás este olor lo huele una leona de cuarenta, cincuenta años y dice: ”¡Huy!, ¿qué mono es?”. Pero tu tienes que tener la mente abierta, ¿no? Y es que cuando pones a ti mismo el perfume tan fuerte, lo puede sentir una nena o lo puede sentir una mantis que ni es una niña ni tiene veinte años y tiene muy mala hostia. Así que ten cuidado, cuya atención quieres atraer.

            En la siguiente parte hablaremos sobre un tipo específico de las mujeres. Te demostraremos cuánto en  común  tienen leona, mantis y tarántula.

wtorek, 8 stycznia 2019

Rozdział 7



Kombinuj, dziewczyno, nim twe wdzięki przeminą...



Z kieszeni ciemnych spodni wyciągnąłem mocno wytarty portfel w niezidentyfikowanym kolorze brązu, wręczając kasjerce nieco wymięty banknot dwudziestozłotowy. Kobieta dosłownie na sekundę przestała ostentacyjnie żuć gumę, obrzucając pieniądze wymownym spojrzeniem. Po chwili schowała je do kasetki, rzuciła przede mnie resztę i wróciła do mielenia ustami, niczym krowa na pastwisku.
– Zrywkę jeszcze poproszę – zwróciłem się do niej, nie mając w co zapakować zakupów.
– Co? – wymemłała, wpatrując się we mnie krzywo. Nie wiedzieć czemu momentalnie zrobiło mi się głupio. Przerwałem jej bowiem dość wymagające zajęcie, jakim było jednoczesne podziwianie swych paznokci i pilnowanie, by nie ugryźć się w język w takcie żucia gumy. Z worka jednak nie zrezygnowałem.
– Reklamówkę – ponowiłem prośbę, siląc się na grymas mający przypominać serdeczny uśmiech, ale kasjerka dalej wyglądała, jakby cierpiała na ostrą grypę żołądkową.
– Na stojaku przy wyjściu – rzuciła od niechcenia, wskazując głową na metalowy regał, na którym umieszczono przeróżne gazety.
Patrząc na leżące na blacie trzy bułki, mleko i kostkę twarogu, pomyślałem, że faktycznie mogę się z tym jakoś zabrać i poradzę sobie bez worka. W końcu nie były to zbyt wielkie zakupy, a do pracy miałem całkiem blisko. Włożyłem więc pieczywo do jednej kieszeni kurtki, ser do drugiej, a butelkę mleka próbowałem zmieścić do niewielkiej saszetki, w której znajdowały się głównie dokumenty i klucze od mieszkania.
– Siatkę może pan chcesz? – Uniosłem wzrok na kasjerkę, która przypatrywała się moim zmaganiom z artykułami żywnościowymi. Nim zdążyłem odpowiedzieć, rzuciła przede mną plastikowy worek, wcześniej otwierając go dla mnie z łaską, bym szybciej mógł zapakować zakupy. Ewidentnie nie czerpała przyjemności z obsługi klientów.
– Dziękuję – odparłem, wrzucając mleko to wręczonej mi torby.
– Wystarczyło powiedzieć, a nie się tyle męczyć – wyburczała spod lady. Gdy się podniosła, wyglądała na mocno zawiedzioną faktem, że jeszcze sobie nie poszedłem. Westchnęła więc głośno, patrząc się na mnie, jak na intruza. – Coś jeszcze?
– Dobra ta guma? – Sam byłem zaskoczony swym pytaniem, a co dopiero stojąca przede mną kobieta. Trochę jej zajęło, nim zorientowała się, do czego piję.
– Nie wiem – odparła, wzruszając z nonszalancją ramionami – guma, jak guma.
– Poproszę jedną paczkę. – Kasjerka z jeszcze głośniejszym westchnięciem rzuciła przede mną różowe opakowanie, burcząc pod nosem cenę. W kieszeni znalazłem wałęsające się samotnie pięć złotych i położyłem je na tacce. Nie czekając na resztę, o ile jakąś bym otrzymał, skierowałem się do wyjścia, wcześniej dziękując oczywiście za obsługę. Przy samych drzwiach, kobieta zawołała za mną:
– A tych drugich gumek nie trzeba? – krzyknęła, wskazując na rządek kwadratowych kartoników. Ich zawartość bynajmniej nie służyła do żucia i robienia balonów.
– Obejdzie się – odparłem bardziej do siebie, niż do kasjerki, opuszczając czym prędzej osiedlowy kiosk. W drodze do hotelu zacząłem się zastanawiać, jak wielkim nietaktem byłoby wrócić do sklepu i poprosić o mambę oraz paczkę prezerwatyw. A przede wszystkim, jak zareagowałaby na to przemiła ekspedientka.

Krocząc skąpanym w strugach deszczu chodnikiem rozmyślałem o zbliżających się świętach. Może to nieco dziwne, ale nie przeszkadza mi, że spędzam je samotnie. Nie muszę się martwić przygotowaniami do kolacji wigilijnej, nie zaprzątam sobie głowy kupowaniem prezentów, które prędzej czy później wylądują w koszu na śmieci; jestem sam i dobrze mi z tym.
Z biegiem lat zacząłem dostrzegać, co tak naprawdę kryje się za tą magiczną otoczką Bożego Narodzenia. Jako dziecko czekałem oczywiście na prezenty, jak na szpilkach wyczekiwałem momentu, w którym rodzice w końcu pozwolą otworzyć leżące pod choinką paczuszki. Przeszkadzałem w kuchni, podjadałem mak do kutii i makowca, zapach pieczonej przez babcię strucli pamiętam zresztą do dziś; nigdy nie mogłem się nią najeść. Z kolei gdy byłem nieco starszy denerwowałem się na rodziców, którzy kazali mi przestrajać choinkę. Mama zawsze mnie strofowała, że powinienem założyć koszulę i krawat, a wszystkie ciotki i wujkowie zawzięcie dopytywali, kiedy przyprowadzę w końcu jakąś pannę. I przyprowadziłem, przed wigilią pokłóciliśmy się oczywiście o jakąś błahostkę, ale w trakcie składania życzeń oboje udawaliśmy, że wszystko jest w porządku.
Będąc dorosłym, mając własną rodzinę, pracę i inne obowiązki, dopiero wtedy dotarło do mnie, że święta nie mają w sobie ani grama magii, o której się tak często słyszy. Martwimy się sprzątaniem i zakupami, przejmujemy się, czy karp będzie wszystkim smakował, czy dzieciakom spodobają się prezenty, a wypieramy potrzebę spędzenia tego czasu z bliskimi. Tak po prostu, zwyczajnie usiąść z nimi do stołu i życzyć sobie wesołych świąt. Niestety nawet w trakcie kolacji bardziej obchodzi nas biedny Kevin znów samotnie spędzający święta w swym domu, aniżeli własna rodzina. Jakże to smutne, a zarazem prawdziwe.

Wchodząc do hotelu już w wejściu czułem, że czeka mnie kolejna ciężka noc. Przy recepcji dojrzałem bowiem niewysoką kobietę o rudych włosach, lecz to nie one najbardziej przykuły moją uwagę, a jej wysoki, nieco skrzekliwy i wyniosły głos, od którego poczułem dziwne i nieprzyjemne podrygi w żołądku. Takim tonem posługiwała się bowiem tylko jedna osoba i, jak na nią przystało, robiła niesamowitą awanturę biednej Dorocie, której ­chcąc nie chcąc przyszło objąć zająć stanowisko po Mateuszu.
– Pani raczy ze mnie żartować, prawda? – piszczała do młodszej kobiety klientka. Zbliżyłem się niepewnie do portierni, obserwując koleżankę, która wyglądała, jakby za moment miała wybuchnąć. W sumie nasze kelnerki zawsze mają taki wyraz twarzy.
– A wyglądam? – odwarknęła Dorota, splatając ręce na piersiach, a jej biała koszula wydostała się zza granatowej spódnicy. – Jak mówię, że go nie ma, to znaczy, że go nie ma.
– Pan Mateusz obiecał, że osobiście podejmie mnie w waszym hotelu. Cóż się niby takiego stało, że nie ma go w pracy? – Ukradkiem wślizgnąłem się za kontuar, obracając się plecami do awanturującej się kobiety. Słysząc jej głos od razu przypomniałem sobie, że w domu również wszczynała kłótnie z byle jakiego powodu. Niewiele się od tego czasu zmieniła.
– Czy ja mówię niewyraźnie? – żachnęła się Dorota, a fuknęła na klientkę tak mocno, że słyszeli ją pewnie pozostali goście hotelu. – Mateusz jest na urlopie. Mam to pani powtórzyć wolno i dużymi literami, żeby coś do pani dotarło?
– Pani mnie obraża! – wykrzyknęła kobieta. Przez chwilę poczułem potrzebę pomocy mojej koleżance, ale sekundę później przypomniałem sobie, że w sumie nie miałoby to większego sensu. W jakim celu miałbym wykłócać się z byłą żoną o coś, co nawet mnie nie dotyczy? Wróciłem więc do podziwiania schowków z kluczami do pokoi dla naszych gości. W końcu nie bez przyczyny mówią: nie ruszaj gówna, a nie będzie śmierdziało.
– Ja sobie nie życzę takiego traktowania! A pan Mateusz ma się tu zjawić w tej chwili, bo inaczej...
– Ależ szanowna pani! – Zerknąłem ukradkiem na wychodzącego z hotelowej restauracji dyrektora, który spieszył ku recepcji, jakby się na niej co najmniej paliło. W drodze poprawiał czerwoną marynarkę i krawat w tym samym kolorze. Zauważyłem również, że chwilę później z tego samego pomieszczenia wyszła Żaneta, a minę miała dość nietęgą. – Po co tyle krzyku? Dorota, co się takiego stało, że nie wydałaś jeszcze pani kluczy od pokoju?
Dorota prychnęła pod nosem, niczym rozjuszony kot. Gdy miała odpowiedzieć, dyrektor oczywiście wolał mówić za nią.
– Najmocniej panią przepraszam za zaistniałe niedogodności. Za sekundkę będzie się pani mogła udać do swojego apartamentu.
– Ja przepraszam, ale Mateusz, znaczy, pański pracownik – poprawiła się szybko – zapewniał mnie, że osobiście będzie nadzorował mój pobyt w pańskim hotelu. A nagle się dowiaduję, że jest na jakimś urlopie. Czy coś się mu stało?
Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem w jej głosie takiej troski. Nawet gdy zdechł nam pies nie umiała okazać dzieciom odrobiny współczucia.
Dyrektor podrapał się po nieco łysiejącej głowie, nakładając na usta firmowy uśmiech i przybliżając się nieznacznie ku kobiecie.
– Bardzo mi przykro, jednak pan Mateusz przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim – powiedział, a głos nie załamał mu się nawet przez chwilę. W końcu biznesmeni kłamią równie dobrze, co prawnicy.
– Oh – wymsknęło się klientce – ale wróci? Jak długo go nie będzie?
– Obawiam się, że dość długo. – Oczywiście, że tak. Chyba że poturbowany Mateusz nagle zmartwychwstanie, otrzepie się z kurzu i wróci na recepcję, jakby się nic nie wydarzyło.
– Apoloniusz – zwrócił się do mnie przełożony, a mnie język stanął kołkiem w gardle, zresztą nie pierwszy raz – mógłbyś obsłużyć panią?
Obróciłem się niezdarnie ku kobiecie, która patrzyła na mnie z tym samym niezadowolonym wyrazem twarzy, co przez minione dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Westchnąłem cicho, siląc się na grymas uśmiechu.
– Witamy serdecznie w hotelu Pelargonia. Poproszę pani nazwisko, bym mógł sprawdzić pani rezerwację. – Pod wpływem świdrującego spojrzenia byłej żony czułem, jak zjedzony przed wyjściem do pracy obiad niebezpiecznie podsuwa mi się do gardła. Dodatkowo stojący tuż przy mnie dyrektor ani trochę nie ułatwiał tej jakże niezręcznej sytuacji.
– A ty co – odparła zjadliwie – już nie pamiętasz mojego panieńskiego nazwiska?
– Proszę wybaczyć – wtrącił się dyrektor, oczy mu dziwnie błyszczały, gdy patrzył na moją dawną małżonkę – państwo się znają?
Bożena zaśmiała się złośliwie, wskazując na mnie idealnie opiłowanym paznokciem w kolorze krwistej czerwieni.
– Znamy? Ja z tym nieudacznikiem zmarnowałam przeszło dwadzieścia lat życia! – Staż naszego małżeństwa praktycznie wypluła z obrzydzeniem. Zobaczyłem, że w naszym kierunku zbliża się zaciekawiona Żaneta pchająca wózek ze środkami czystości. Usytuowała się nieopodal recepcji, bynajmniej nie po to, by pozamiatać, podłogę.
– Rozumiem, że byliście państwo małżeństwem? – ciągnął dyrektor, a ja skurczyłem się w sobie jeszcze bardziej.
– Niestety – wybąkałem, co oczywiście nie uszło uwadze Bożeny. Ta kobieta jest gorsza, niż CBA, CBW i CBŚ razem wzięte.
– A ciekawe, kto gorzej na tym chorym małżeństwie wyszedł? – warknęła na mnie, jakby miała wściekliznę. Nie przejąłem się za bardzo, przyzwyczaiłem się do jej wiecznych humorków i narzekań, a także do tego, iż to ja zawsze byłem sprawcą jej niekończących się niepowodzeń życiowych. – Przez ciebie żyję w tej zagrzybionej kamienicy i nie mogę się pozbyć tego cholernego mieszkania. Wiesz chociaż, co się dzieje u naszych dzieci? Wiesz, że Malwinka ma kolejnego synka? A Adaśko? Przeprowadził się do Holandii. Interesuje cię w ogóle cokolwiek? Pewnie, że nie. Zawsze byłeś tylko ty, ty i te twoje durnowate krzyżówki.
– Masz dzieci, Apoloniusz? – wtrąciła się Żaneta, przecierająca z niebywałą dokładnością stojący na pobliskim stoliczku wazon. Wzruszyłem w odpowiedzi ramionami, a Bożena spojrzała na nią krzywo, zapewne szykując się do jakiejś cynicznej uwagi.
– No tak wyszło, że jakieś ma – odparła, poprawiając swe rude włosy. Dyrektor odchrząknął znacząco, karcąc pokojową spojrzeniem.
– Żanetko, czy nie powinnaś przypadkiem umyć okien? – zwrócił się do niej, ale ona w ogóle nie przejęła się jego słowami. – Zbliżają się święta, hotel powinien być gotowy na przyjęcie nowych gości.
– Po co? – odpowiedziała dumnie Żaneta, patrząc na przełożonego z udawaną sympatią. – Jezus urodził się w stajni. Nie myję okien, żeby czuł się jak u siebie.
Skonsternowany uwagą pokojowej dyrektor podskoczył do niej jak oparzony, odciągając ją na bok, a do mnie rzucając na odchodne, że mam zająć się gościem. Wyjątkowo niechętnie, co zresztą musiało być po mnie widać, odnotowałem godzinę przybycia Bożeny do hotelu, kładąc przed nią niewielki klucz. Ona jednak nie ruszyła się z miejsca.
– No i na co czekasz? – warknęła na mnie. – Może sama mam zanieść walizkę do pokoju?
Podniosłem się powoli z krzesła i wyszedłem zza kontuaru, czując na sobie zwycięskie spojrzenie byłej żony. Z reguły nie lubię robić ludziom na złość, ale w przypadku Bożeny postanowiłem uczynić wyjątek. Coś mi się w końcu należy po ponad dwudziestu latach męki z nią.
– Cały czas prosto, a później lekko w lewo. Tam jest winda – poinstruowałem ją, z niebywałą satysfakcją patrząc na jej otwierające się szeroko oczy i opadającą coraz niżej szczękę. Później usadowiłem się wygodnie w fotelu, wyciągając z niewielkiej saszetki poradnik Mateusza.
– Ty prostaku – wycedziła wściekła Bożena. – Od zawsze ci słoma z butów wystawała. Dobrze mi mamusia mówiła, człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy.
– O ile mnie pamięć nie myli Kosuty nie otrzymały jeszcze praw miejskich – odparłem, szukając strony, na której skończyłem wczoraj czytać – także obawiam się, że to nie ja pochodzę ze wsi, kochana, była małżonko.
Kiedyś godzinami suszyłaby mi głowę za podobne odzywki, teraz potrafiła się jedynie zdobyć na wysokie uniesienie głowy.
– Cham – wycedziła, z agresją rozpinając wielgachne futro. – Mateusz nigdy by mnie tak nie potraktował.
Gdy odchodziła, ciągnąc za sobą w furii niewielką walizkę, mogłem zobaczyć, jak bardzo się zmieniła po naszym rozwodzie. Przy mnie nigdy nie przywiązywała zbyt dużej wagi do wyglądu, raczej stroniła od kosmetyków i preferowała wygodne ubrania. Obecnie zaś, spoglądając na zagruntowaną makijażem twarz, ogniście rude włosy, a także na buty na dość wysokim obcasie, śmiało można było stwierdzić, iż dopadł ją poważny kryzys wieku średniego. Nie było mi jej żal, bardziej współczułem biednemu Mateuszowi, który miał to nieszczęście, że spotkał ją za życia, na dodatek wszedł z nią w jakieś korelacje. A ona by go pożarła, przemieliła trzy razy i wypluła, jak to zrobiła ze mną.
Przewracając powoli kartki pożyczonego poradnika w poszukiwaniu fragmentu, na którym skończyłem wczoraj czytać, nieustannie towarzyszyło mi uczucie, iż o czymś zapomniałem. Czasem człowiek już tak ma, zwłaszcza w moim wieku, że wydaje mu się, że wypadło mu z głowy coś ważnego, ale za żadne skarby nie może sobie owej rzeczy przypomnieć. Jak się później okazało, owe przeczucie mnie nie zawiodło. Wydałem bowiem Bożenie klucz do nieodpowiedniego pokoju.